Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

czwartek, 19 listopada 2015

Jean Hatzfeld "Englebert z rwandyjskich wzgórz"



 

Autor: Jean Hatzfeld
Tytuł: Englebert z rwandyjskich wzgórz
Przekład: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Reportaż
Rok wydania: 2015



Sześć lat po ludobójstwie w Rwandzie Jean Hatzfeld udał się do Naymaty, gdzie w 1994 roku w przeciągu dwóch miesięcy mężczyźni z plemienia Hutu w bestialski sposób zamordowali maczetami około 50 tys. Tutsi. Zgodnie z planem mieli zginąć wszyscy, ale przez chciwość Hutu za dużo czasu spędzali na grabieżach wymordowanych rodzin. Z rzezi ocalało około 8 tys. Tutsi. Reporter spisał świadectwa trzynaściorga z nich i umieścił w książce „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy”. To był początek rwandyjskiej trylogii. 

Kolejna część, „Sezon maczet”, to wstrząsające opowieści zbójców, zaś trzecia część, „Strategia antylop”, to swoista synteza obu poprzednich książek, notabene wyróżniona nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego. Rwandyjska trylogia ukazała się w języku polskim w wydawnictwie Czarne. Teraz dostaliśmy do rąk kolejną książkę Hatzfelda dotyczącą masakry z 1994 roku, tym jednak różni się ona od poprzednich publikacji, że bohaterem jest jeden człowiek, jedna historia, ale niosąca ze sobą taki sam ładunek emocjonalny, co wcześniejsze reportaże.

Nazywam się Englebert Munyambonwa, syn Simona Ntagary i Félicyté Nyiramugwery. Mam sześćdziesiąt sześć lat, ale wciąż sporo wigoru. Ludzie z mojego pokolenia umierają albo się starzeją, a czy ja choruję? Czy jestem słaby? Nigdy nie leżę długo w łóżku. Mogę pić od rana do wieczora, ale zawsze to ja najlepiej się trzymam.*

Wstaje codziennie o wpół do szóstej, myje się na podwórzu, pastuje buty i wychodzi na ulicę. Jest gadułą, lubi rozmawiać z ludźmi, czasami pomoże napisać komuś podanie, bo zna francuski i jest dobrze wykształcony. Prześladują go wspomnienia. Podczas ludobójstwa stracił siostrę i dwóch braci, rodzice umarli wcześniej. Został sam. Pije, by zapomnieć, by mieć powód wyjścia do innych. Nie może być sam, człowiek samotny może popaść w depresję. A on lubi się śmiać: (...) cieszę się, gdy mogę kogoś rozweselić. Kiedy się śmieję, to znaczy, że jestem zadowolony. Takim mnie stworzono. Piję, co wpadnie mi pod rękę, oszukuję samotność. Właśnie tak mogę opowiedzieć o swoim życiu.*

Hatzfeld przysiada się do Engleberta, stawia mu primusa i wysłuchuje jego historii. Oddaje bohaterowi głos, pozwalając czytelnikowi przysiąść się do stolika, by i on również wysłuchał monologu ocalałego z rwandyjskich bagien mężczyzny.

Englebert wspomina całe swoje życie, opowiada o studiach, miłości do literatury, o tym, jak przeżył wcześniejsze rzezie, bo konflikt między Hutu i Tutsi narastał od lat i pierwsze pogromy zaczęły się już w połowie XX wieku. O ludobójstwie z 1994 roku nie chce opowiadać, wspomnienia bolą, ale po kilku piwach i one wypływają ze zbolałej duszy. Nie to jednak jest meritum opowieści. 

Englebert przeżył masakrę, ale tak naprawdę nigdy do życia nie powrócił. Tragizm jego historii przejawia się w tym, że wykształcony i inteligentny człowiek po śmierci najbliższych i doświadczeniu nie dającej się ogarnąć ludzkim umysłem nienawiści w czystej postaci, stracił wiarę we wszystko. Snuje się po ulicach i nie potrafi nic zrobić ze swoim życiem. Jest człowiekiem zamrożonym uczuciowo. Nie ma w sobie potrzeby zemsty, a hasło narodowego pojednania przyjmuje obojętnie: Ogłoszono je dawno temu, przywyklismy do tej polityki. Jeśli więzienie ich zmieni, tym lepiej. Jeśli nadal będą kłamali, to bez znaczenia. stanowią większość, pracują wytrwale, rozmawiamy z nimi. Podajemy sobie słomkę, gdy się nadarzy okazja, primusa raczej rzadko, pomagamy sobie w pracy. Jesteśmy ugodowi.*

Ludobójstwo sprawiło, że Englebert nauczył się jednego- należy unikać komplikacji, trzeba iść przed siebie, a resztę zostawić w tyle, za sobą.

Zastanawiam się dlaczego Hatzfeld poświęcił historii Engleberta tyle uwagi, dlaczego nie dołączył jego opowieści do trzynastu innych, które znalazły się w „Nagości życia". Macie jakiś pomysł?


Wszystkie cytaty oznaczone * pochodzą z książki Jean Hatzfeld, Englebert z rwandyjskich wzgórz, przeł. Jacek Giszczak, Czarne, seria Reportaż, Wołowiec 2015.


4 komentarze:

  1. Może po to, żeby nadać ludobójstwu ludzką twarz? Więcej historii wcale nie podziała bardziej na odbiorców, wręcz przeciwnie. Ludzie łatwo zamieniają się nam w cyferki. A kogoś, kogo życie poznajemy od samego początku, ciężko zignorować czy zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. być może, chociaż historia Engleberta nie jest tak wstrząsająca jak inne opowiedziane w "Nagości życia". Hmmmm, może rzeczywiście by utonęła wśród innych głosów, a reporter chciał ją ocalić.

      Usuń
  2. Aż się dziwię, dlaczego nie słyszałam o autorze i jego książkach. Mam zamiar natychmiast to zmienić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koniecznie, jeśli tylko interesuje Cię temat ludobójstwa w Rwandzie. Poleca, jeszcze książkę "Dzisiaj narysujemy śmierć" Tochmana.

      Usuń

To miejsce na wyrażenie Twojej opinii. Ja się podpisałam pod swoim tekstem, więc Ty też nie bądź anonimowy. Anonimowe komentarze będą usuwane.