Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

niedziela, 28 lutego 2021

Czytelnicze podsumowanie lutego cz.2

Dzisiaj wrzucam druga część lutowych lektur. Zdziwiłam się, gdy na koniec podsumowania wyszło, że przeczytałam dziesięć książek. Fakt, że są tu też krótkie zbiory opowiadań, ale jednak przy ograniczonym czasie na czytanie mogę powiedzieć, że jestem w lekkim szoku ;).

 


6. Ottessa Moshfegh, Mój rok relaksu i odpoczynku,  przeł. Łukasz Buchalski, Pauza, Warszawa 2019.

Dziwna to jest książka. Główna bohaterka postanawia wypisać się na rok ze świata i chce zasnąć, by po dwunastu miesiącach się odrodzić na nowo. W tym celu udaje się do psychiatry i kłamiąc, że ma problemy ze snem, dostaje środki nasenne, z wizyty na wizytę coraz silniejsze. I jak sama bohaterka mnie dość mocno irytowała, to już postać psychiatry przypadła mi do gustu. Totalnie oderwana od rzeczywistości, traktująca trochę o beznadziei życia, trochę też groteskowa. Dla mnie jest to tez książka o depresji, o tym jak trudno nam znaleźć sens naszej egzystencji, o zagubieniu w świecie i o próbie poradzenia sobie z wszechogarniającym poczuciem bezsilności. Wydaje mi się, że każdy kto przeczyta tę książkę, odnajdzie w niej coś innego. Czy warto na nią tracić czas? Myślę, że tak, to dobra literatura. A jaka okładka!

7. Marie Aubert, Zabierz mnie do domu, przeł. Karolina Drozdowska, Pauza, Warszawa 2021.

 Mam w planach „Dorosłych", to jest pierwsza wydana w Polsce książka tej pisarki, natomiast w rzeczywistości najpierw zostały napisane opowiadania, które czytałam w lutym. Michał Nogaś bardzo zachwalał „Zabierz mnie do domu", a jak pan redaktor zachwala, to trzeba przeczytać. I muszę powiedzieć, że tak, to jest to. Kilka krótkich opowiadań, obrazków z życia, które łączy motyw braku domu rozumianego tutaj wielopłaczszyznowo. Opowiadania z dobrą piontą, ciekawym tokiem narracji. O dziwo bardzo dobrze się to czytało, choć muszę przyznać, że odwykłam od krótkich form.

8.  Karolina Korwin-Piotrowska, Reset, świat na nowo, Mando, Kraków 2021.

Jest to zbiór wywiadów dotyczący spojrzenia na ubiegły rok w kontekście tego co się stało, czyli pandemii. Do rozmowy dziennikarka zaprosiła przede wszystkim osoby ze świata szeroko rozumianej kultury (film, literatura, świat mody, mediów, są też rozmowy z ekolożkami i psychoterapeutką). Zbiór otwiera rozmowa z ratownikiem medycznym.  Dużo ciekawych rzeczy dowiedziałam się z tej lektury np. o funkcjonowaniu świata mody od kulis, kondycji środowiska naturalnego,  czy też o produkcji filmów. Jednak trochę mnie zdołowała ta książka, bo choć większość z rozmówców jest raczej ciekawa tego, co będzie dalej, to jednak z tych rozmów więcej zostało mi w głowie czarnych prognoz. Ta książka zmusiła mnie do tego, by na chwilę się zatrzymać i pomyśleć, co się właściwie wydarzyło i jak to wpłynęło na moje życie, środowisko i jakie zauważam tego plusy i minusy.

9. Igor Jarek, Halny,  Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2020.

To jest zbiór opowiadań z klamrową kompozycją, którego głównym motywem jest Nowa Huta. Niby to są osobne teksty, ale jednak postaci w nich umieszczone wchodzą ze sobą w relacje i przez to jeden tekst ściśle łączy się z drugim. Dopiero po dotarciu do końca zbioru rysuje nam się jakiś klarowny obraz literackiej rzeczywistości, którą przedstawia nam Igor Jarek. Jednak ta książka nie spodoba się wszystkim. To mocna proza, z drastycznymi scenami, pisana bluzgiem. Rzeczywistość Nowej Huty przedstawiona jest z perspektywy tzw. półświatka i ludzi marginesu. Każdy z tych bohaterów nie był rozpieszczany przez życie.  Dużo w tych tekstach przemocy, ale też i swoistej wrażliwości. Jednak nie polecam osobom o słabych nerwach i tym, którzy nie trawią wulgaryzmów jako środka ekspresji artystycznej.

10. Carmen Hernández Barrera, Dzienniki 1979-1981, przeł. prezbiterzy Redemptoris Mater pod kierunkiem ks. Piotra Jutkiewicza, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2021.

Wydaje mi się, że to jest książka tylko dla osób z „branży" neokatechumenalnej. Chociaż może też zainteresować osoby, które lubią czytać dzienniki świętych. Bo Carmen, teraz po tych zapiskach to widzę, była święta. Dla osób niezorientowanych, kilka słów wyjaśnienia. Carmen wraz z Kiko Argüello była założycielką neokatechumenatu, czyli jednej z formacji duchowych działającej w ramach Kościoła katolickiego. Zapiski ukazują wnętrze Carmen. I bardzo mnie ono zaskoczyło, bo jest tam mnóstwo cierpienia, zniechęcenia, ale też walki ze swoimi słabościami (była nałogową palaczką) i tym co mnie ujmuje najbardziej, codziennym uciekaniem się do Chrystusa. W tych dziennikach widać ogromną miłość i tęsknotę za Jezusem. Fakt, że czyta się to jak modlitewnik, bo dużo tam zwrotów do Boga, mało natomiast faktów, a jeśli już są, to opisane bardzo lakonicznie. Ale dla mnie to bardzo ważna formacyjnie książka. Akurat na czas Wielkiego Postu.

Miłej niedzieli.

A jak macie ochotę, to podzielcie się swoimi lekturami, może mnie coś zainspiruje na kolejny miesiąc?

sobota, 27 lutego 2021

Czytelnicze podsumowanie lutego cz. 1

 Luty dał mi trochę popalić. Przez cały miesiąc nasz Gałganek chorował, a co za tym idzie, nie chodził do żłobka. Konsekwencją tego wszystkiego był brak czasu na spisywanie swoich wrażeń z lektur i dzielenie się nimi z Wami tutaj na blogu. Dlatego wraz z końcem miesiąca wrzucam podsumowanie tego, co udało mi się przeczytać w lutym.



1. Gail Honeyman, Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, przeł. Magdalena Słysz, Harper Collins Polska, Warszawa 2017.

Tę książkę udało mi się zrecenzować i pewnie niedługo wrzucę tu notkę z lektury.  Bohaterka mnie na początku irytowała, ale szybko zdobyła moją sympatię. Polecam bardzo, świetna lektura, szkoda, że wydawnictwo nie zainwestowało w odpowiednią promocję tego tytułu, bo gdyby nie DKK w życiu bym się o nie j nie dowiedziała.

2. Mira Marcinów, Bezmatek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Recenzja TUTAJ.

3. James Gould-Bourn, Mój tata panda, przeł. Ewa Penksyk-Kluczkowska, Marginesy, Warszawa 2021.

Ciepła historia o tym jak tata się stara, by synek się nie dowiedział, że stracił pracę i teraz nie mają za co żyć. I pewnego pięknego dnia wpada na genialny pomysł, że będzie w parku wraz z innymi ulicznymi artystami, zarabiał na życie jako panda. Tańcząca panda. Dodam tylko, że syn i tato są po traumatycznych wydarzeniach. Rok wcześniej w wypadku zginęła mama. Synek był z nią w samochodzie i przeżył. Od tego momentu się nie odzywa.

Wciągająca fabuła i pięknie pokazana relacja, a raczej jej budowanie na nowo. Do tego nietuzinkowi i zabawni bohaterowie z tańczącą na rurze Lucy na czele, która rzuca mięsem na lewo i prawo. Taka trochę bajka dla dorosłych i dla dzieci też się nada.

4. Walter Tevis, Gambit królowej, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, Czarne, Wołowiec 2020.

Nie sądziłam, że książka, w której większość tekstu dotyczy gry w szachy, tak mnie wciągnie. Ale nic Wam tu nie zdradzę, bo napisałam o tym więcej i na dniach pewnie wrzucę. :)

5. Michel Laub, Dziennik upadku, przeł. Wojciech Charchalis, Pauza, warszawa 2020.

Po tę książkę sięgnęłam, bo bardzo ją zachwalali na literackim podsumowaniu 2020 roku (Nogaś, Sobolewska i Małochleb). No cóż, książeczka niewielkich rozmiarów, ale daje po pysku. Pokazany problem Holocaustu, ale od zupełnie innej strony. Główny bohater jest żydowskiego pochodzenia. Jego dziadek przeżył wojnę i obozy i wokół jego postaci narosło mnóstwo mitów w rodzinie. Wnuczek, który jednocześnie jest narratorem,  zaczyna widzieć, że przeszłość dziadka staje się usprawiedliwieniem na wszystko, co po ocaleniu wyprawiał, na to, jak traktował rodzinę. Bohater jest skażony pewnym wydarzeniem ze swojej szkoły, w której uczyli się głownie Żydzi. Był tam też chłopak-goj, którego żydowscy koledzy dręczyli. Książka daje do myślenia, pokazuje, że Żydzi to nie tylko ofiary i że Holocaust może być też wygodną wymówką do stosowania przemocy nie tylko fizycznej, ale też i psychicznej.

niedziela, 7 lutego 2021

Wyzwanie czytelnicze Lubimyczytać. pl - luty

 

W miesiącu lutym czytamy książki, które znalazły się na liście nominowanych jako książka roku 2020. Listę tytułów znajdziecie TUTAJ.

Ja wybierałam z kategorii Literatura piękna. Już dawno chciałam przeczytać debiut prozatorski Miry Marcinów Bezmatek". Zaintrygowała mnie okładka oraz informacja
od wydawcy :
„Bezmatek” to brutalna opowieść o pragnieniu życia i ucieczce od umierania oraz historia wielkiej, szalonej i zachłannej miłości, jaka może wydarzyć się tylko między matką a córką. Dałam się złapać na zapowiedź szalonej miłości.

Z jednej strony cieszę się, że Mira Marcinów napisała tak krótką książkę, bo jej ładunek emocjonalny przy większej ilości stron mógłby rozsadzić mi serce. Z drugiej strony język, styl autorki jest tak wciągający i poruszający, ze chciałoby się więcej.

To proza trudna, zabierająca oddech, ściskająca w klatce piersiowej, powodująca powstanie guli w okolicy przełyku. No nie da się tego przeczytać w jeden wieczór, choć to zaledwie 92 strony w wydaniu e-bookowym.

Matka odeszła, gdy bohaterka miała 32 lata. Tego nie robi się dziecku. Nie miałam planu awaryjnego, który przewidywałby zastąpienie matki kimś innym - wyznaje. A kto go ma? Nawet, gdy mamy czas na pożegnanie, na przygotowanie się do utraty ukochanej osoby, takiego planu nigdy nie układamy, bo zawsze z tyłu głowy czai się nadzieja, że może jednak jeszcze to nie ten moment. Uciekamy przed śmiercią, tak jak bohaterka Bezmatek". Niestety wyścig zawsze przegrywamy- ot taki banał- jedyne co można zrobić to spróbować ostrzec tych, którzy jeszcze zostali:

Do właścicielek matek:

Nie obnoście się z nimi tak bezkarnie. Róbcie to po kryjomu. Ja też kiedyś byłam właścicielką takiej matki, w której idzie się zakochać na zabój.

Tak, znalazłam w tej książce szaloną miłość matki i córki. Są wspomnienia, jest opieka nad chorą, ale przede wszystkim są ponad dwa lata żałoby, której końca nie widać. Bohaterka nie jest w stanie normalnie funkcjonować wewnętrzne. Wszystko jej przypomina matkę, nie ma się co dziwić, były ze sobą mocno związane.

Ta książka przeraża swoją prawdziwością. I nie chodzi mi tutaj o wątki autobiograficzne, na których opiera się cała narracja, nie. To autentyczność uczuć, które na pewno każdego kto kocha (nawet niekoniecznie chodzi o rodziców, ale o tych, z którymi jesteśmy bardzo blisko) wcześniej czy później dopadną. Boli od samego czytania.

To książka ważna, próbująca znaleźć język opisujący stratę. Marcinów się to udaje. Krótkie zdania, minimalistyczne opisy, niewielkie akapity, błyski, myśli przeplatane piosenkami z dzieciństwa. Samotność w zdaniach.