poniedziałek, 15 października 2012
Oskar i Kot Prot
sobota, 13 października 2012
Lepiej późno niż wcale...
Ale ze mnie wyrodne stworzenie... Tyle się dzieje ostatnio, że zupełnie mi z głowy wyleciało...
A sprawa dość istotna, bo oto 01.10. Kącik z książkami obchodził swoje dwa latka. Z tej okazji, z dwutygodniowym opóźnieniem chciałam tylko Wam wszystkim podziękować za to, że jeszcze się niektórym nie znudziło zaglądanie do mojego kącika. I zapraszam, jak zwykle, na dobrą książkę, ciacho i truneczki.Salon Angelusa
Już
20.10. uroczysta gala wręczenia Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.
Przed ogłoszeniem werdyktu jury będzie można poznać autorów nominowanych do
wyróżnienia. Spotkania odbędą się w Księgarni Partnerskiej DSW Tajne Komplety,
przy ul. Przejście Garncarskie 2 we Wrocławiu.
Program
Salonu Angelusa:
czwartek 18.10.2012
godz. 18.00-19.00 Michał Witkowski
godz. 18.00-19.00 Michał Witkowski
godz.
19.00-20.00 Andrij Bondar
piątek 19.10.2012
godz.18.00-19.00 Tomáš Zmeškal
godz. 19.00-20.00 Miljenko Jergović
godz.18.00-19.00 Tomáš Zmeškal
godz. 19.00-20.00 Miljenko Jergović
sobota 20.10.2012
godz. 16.00-17.00 Jacek Dehnel
godz. 17.00-18.00 Magdalena Tulli
godz. 19:00 Uroczysta
Gala – Opera Wrocławskagodz. 16.00-17.00 Jacek Dehnel
godz. 17.00-18.00 Magdalena Tulli
wtorek, 9 października 2012
Zośka Papużanka "Szopka"
Autorka: Zośka
Papużanka
Tytuł: Szopka
Wydawnictwo: Świat
Książki
Seria: Nowa proza
polska
Rok wydania: 2012
Jedyne co o niej
wiadomo to to, że generalnie jest zadowolona z życia. Pisze teksty piosenek
kabaretowych. Jest teatrologiem. Robi doktorat z literaturoznawstwa, a na co
dzień uczy w szkole języka polskiego.
Mieszka w Krakowie i właśnie wydała swoją debiutancką powieść pt. „Szopka", którą w radiowej Trójce czyta teraz
Wiktoria Gorodeckaja.
Debiut rządzi się
swoimi prawami. Rzadko zdarza się, że pierwsza powieść jest pisana na wysokim
poziomie i stanowi prawdziwą ucztę literacką. Tak było w przypadku młodej Masłowskiej,
tak też jest i w przypadku Zośki Papużanki.
Powieść to
prześmiewcza, powieść to prawdziwa, jest jak znane wszystkim zwierciadło przechodzące
się po dziedzińcu, ale nieco wykrzywione, jego powierzchnia bowiem tu i ówdzie
jest chropowata.
A opowieść to o
rodzinie, taka swoista saga. Bohaterką jest Wandzia, która żyje sobie w czasach
PRL-u. Wychodzi za mąż, zachodzi w ciążę ma dzieci, jej dzieci mają dzieci i tak się to
opowieść o losach Wandzi ciągnie od pierwszej do ostatniej strony. Mamy tu
zatem obraz polskiej rodziny. Nie patologicznej. Nie mieszczańskiej. Nie
inteligenckiej. Takiej najzwyklejszej, gdzie to na niedzielny obiad podaje się
rosół i schaboszczaka z ziemniakami. Gdzie ledwo się koniec z końcem wiąże.
Gdzie baba przy garach stoi, a chłop czasami coś golnie. Są najzwyklejsze
problemy, narzekania i rodzinne brudy. Ten nie lubi teściowej, ale teściowa za
zięcia mogłaby się pociąć. Siostra ma lepiej, bo mąż jej nie bije, a przynosi
prezenty. A i jest Maciuś, który sobie w życiu nie radzi, więc wykorzystuje
mamusię do sześćdziesiątego roku życia. Oooo, jak mi ten Maciuś ciśnienie
podnosił podczas lektury. Taki darmozjad, naciągacz, manipulator. Syn Wandzi. A
Wandzia- cóż, jak to matka - nieba by dziecku uchyliła, nie ważne, że dziecko
to śmierdzący leń.
Papużanka ukazuje
zwykłą rodzinę, ze zwykłymi problemami, ale czyni to w niezwykle zabawny
sposób. Oddaje głos swoim bohaterom, którzy jeden po drugim wcielają się w rolę
narratorów. Konstrukcja jest przez to trochę porwana, ale polifoniczna narracja
wbrew pozorom nie utrudnia lektury- wręcz przeciwnie- dzięki takiemu zabiegowi
czytelnik poznaje różne punkty widzenia. A jest ich trochę.
Nie dość, że mamy
tu zatem świetnie skonstruowane postaci, nie tam jakieś beznamiętne typy, tylko
bohaterów z krwi i kości, których można polubić, albo szczerze znienawidzić, to
dodatkowo autorka umieszcza ich w społeczno-peerelowskim kontekście. Papużanka
zabiera nas w czasy kolejek, Peweksów i wczasów pod gruszą. Bohaterowie starają
się żyć w rzeczywistości, gdy to na półkach tylko ocet stał.
Ale jest jeszcze
wątek wojenny. W narrację zostają bowiem wplecione wspomnienia z drugiej wojny
światowej, gdzie to ojciec Wandzi w niemieckim wojsku służył, ale Polaka nigdy
nie zabił. Problem zasygnalizowany przez autorkę nie został jednak pociągnięty
i tak naprawdę zastanawiam sie w jakim celu krakowska pisarka umieściła ten
wątek w powieści. Ale nie czepiajmy się szczegółów-wszakże to jest debiut.
Debiut, który czyta
się z ogromną przyjemnością, gdyż pisany jest językiem giętkim, mięsistym,
językiem sugestywnym i ironicznym. Papużanka mówi Gombrowiczem, bawi się
konstrukcją zdaniową, kombinuje, wykoślawia, podsłuchuje swoich bohaterów i
spisuje mowę in flagranti. Indywidualizuje język postaci przez co często mamy
do czynienia z kolokwializmami, łamańcami słownymi. I ten dystans. I ta gra
intertekstualna, która dla wyrobionego literacko czytelnika staję się
wyśmienitą ucztą.
poniedziałek, 8 października 2012
Marek Bieńczyk laureatem Literackiej Nagrody Nike 2012
No dobrze, uniosłam się wczoraj. Zawsze emocjonalnie reaguję na wszelkiego rodzaju nagrody. nie chodzi o to, że książka Marka Bieńczyka jest zła- wręcz przeciwnie, to kawał dobrej eseistycznej roboty, ale wśród tegorocznych finalistów była to najsłabsza pozycja. No nie oszukujmy się. W finale znalazły się przecież trzy wybitne biografie, świetny reportaż, kawał dobrej prozy i niezwykły tomik poezji. Że Dycki nie dostanie nagrody- to wiedziałam- prosta dedukcja, dostał trzy lata temu, niech mu wystarczy, ale przecież tyle się teraz mówi o boomie na biografie, na literaturę faktu, a tu co? W statucie Nike czytamy, że jest to wyróżnienie przyznawane za najlepszą książkę roku poprzedzającego edycję nagrody. Jest to dość rozmyte kryterium i stąd często pojawiają się pytania jak można porównywać prozę, poezję, eseje i literaturę faktu? Jakich narzędzi użyć? Bo przecież każdy z tych gatunków wymaga innych kategorii oceniania. Nie mam pojęcia czym kieruje się jury- gustem literackim? Swoim gustem literackim?
Po ogłoszeniu werdyktu pojawiły się na facebooku komentarze o tym, że Bieńczyk na pewno po znajomości dostał nagrodę. Otóż- nie podoba mi się takie komentowanie. Proszę Państwa, nagrodę autor dostał za książkę, nie za znajomości, bo książka to dobra- jeszcze raz to powtarzam, żeby nie było wątpliwości. No ale- to też jeszcze raz powtórzę- na litość boską, żeby to była książka roku? Nie zgadzam się z opinią jury. Ech, a mówią, że literatura nie wzbudza już emocji...
niedziela, 7 października 2012
Spotkanie z Magdaleną Tulli
A we Wrocławiu od
wtorku międzynarodowe święto opowiadaczy. Niestety, w tym roku zbyt wiele
zdarzeń pokrywało się ze sobą i nie uczestniczyłam we wszystkich spotkaniach i
czytaniach. Ale nie mogłam sobie odpuścić popołudnia z Magdaleną Tulli. Pisarka
to dla mnie ważna. Nie pojawia się zbyt często w mediach, nie jest związana z
żadnym periodykiem, gazetą, stowarzyszeniem, czy też grupą literacką. Spotkania
z Magdaleną Tulli nie są organizowane zbyt często, choć byłam zdziwiona, gdy
wczoraj autorka wyznała, że bardzo ceni sobie żywy kontakt z czytelnikami.
Wtedy można patrzeć sobie w oczy.
Na spotkaniu
poruszono mnóstwo tematów i gdyby tylko czas nas nie gonił, zapewne siedzielibyśmy
w Tajnych Kompletach i rozmawiali do białego rana.
Zaczęło się od
pisana- czymże jest ten dziwny fach, ten dziwny dar? Pisarka opowiadała, że w
jej przypadku wszystko robi się samo. „Pisanie to układanie ładnych zdań (...) Zdania bardzo
o siebie dbają" skąd się biorą? Umysł człowieka jest tak
skonstruowany, że myśli czasownikami. Każde zdarzenie, które nas spotyka to
zalążek fabuły.
No tak, pomyślałam
sobie, z tym się mogę zgodzić, ale nie każdy przecież może pisać. Tulli
dopowiedziała, że rolą pisarza jest ułożenie zdań w odpowiedniej konstrukcji.
Zdana same w sobie są piękne, powinny być, ale w kontekście mogą potrzebować
oszlifowania, zmiany. Na tym polega tworzenie literatury.
Rozmawialiśmy również
o sile literatury i obowiązkach pisarza. No bo pomyślcie sobie sami - każdy z
nas tworzy zalążki historii, tak się porozumiewamy. Literatura tez jest
sposobem komunikacji, ale pisarz potrafi
(albo i nie) tekstem manipulować. Jaka więc ciąży na nim
odpowiedzialność za przekazanie czytelnikowi pewnej historii, czy powinien mieć
jakieś zasady? Dla Tulli takimi aksjomatami są prawda i uczciwość. Należy się
jednak wystrzegać pewności. Ludzie czują się bezpiecznie w tłumie, a gdy
człowiek zostaje sam zaczyna mieć wątpliwości. Te wątpliwości to jedna z cech
pisarza.
Marcin Hamkało, który
prowadził spotkanie zapytał jeszcze o kondycję książki we współczesności. „Książki
zdychają. Ludzie mają teraz więcej możliwości, więcej propozycji i jeżeli będą
mieli do wyboru piwo, film, czy książkę, to wybiorą albo piwo, albo film".
Być może tak jest, ale zdenerwowałam się
trochę, bo dyskusja o śmierci książki i tragicznym poziomie czytelnictwa od lat
się toczy i od lat książki mają się dobrze. Ludzie czytają, przecież to widać
po tłumach, które przychodzą na spotkania autorskie, na festiwale. Może nie kupują
tyle książek, bo ich na to nie stać i rzeczywiście wola sobie pójść do kina.
ale przecież w bibliotekach czytelnicy ustawiają się w kolejkach do niektórych
tytułów. Poza tym ostatnimi czasy wzrosła liczba blogów, na których pisze się o
książkach, jest mnóstwo portali, na których się o książkach dyskutuje. Więc o
czym my mówimy?
Jeszcze jedna kwestia
mnie zainteresowała. Książka Magdaleny Tulli „Włoskie
szpilki" to rzecz nieco nietypowa dla pisarki. Jedni mówią, że to jest powieść,
inni, że opowiadanie. Sama autorka mówi, że książka jest i jednym i drugim.
Powstaje zatem pytanie- czy gatunek jest istotny? Czy jeżeli „Włoskie szpilki" są zbiorem opowiadań, to wtedy
inaczej się je będzie odbierać niż wtedy, gdy byłyby czytane jako powieść?
A na koniec jedno
piękne wyznanie. „Lubię książki, bo się można
nimi zajmować w ciszy".
Dziś rozdanie Literackiej Nagrody Nike. Wiemy już, że Nagrodę Czytelników otrzymał Andrzej Franaszek. Trzymam kciuki za Tulli.
Dopisek:
No to już po werdykcie. Jestem tak zdenerwowana, że zaraz chyba klawiaturę rozwalę. No żeby Bieńczyk dostał Nike? No ja was proszę. To była najsłabsza książka wśród finalistów! To jakieś nieporozumienie...
czwartek, 4 października 2012
Lidia Ostałowska "Bolało jeszcze bardziej"
Autorka: Lidia
Ostałowska
Tytuł: Bolało
jeszcze bardziej
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Reportaż
Rok wydania: 2012
Niedawno Czarne
wydało wznowienie książki Lidii Ostałowskiej „Cygan
to Cygan", teraz pojawiło się drugie wydanie innego zbioru reportaży tej
autorki.
„Bolało jeszcze bardziej"
to dwanaście tekstów publikowanych przez Ostałowską w „Gazecie Wyborczej". Autorka ukazuje w nich polską rzeczywistość w
okresie przejściowym- tuż po przełomie, ale przed wejściem do Unii
Europejskiej.
Najstarszy reportaż - „Dzieci we mgle" pochodzi z 1992 roku i
opowiada o akcji zorganizowanej przez „Solidarność", by zaprosić dzieci z
terenów Czarnobyla do Polski na święta Bożego Narodzenia. Cel akcji w swej
istocie szczytny, ale okazuje się, że Polacy, którzy przygarnęli dzieci nie
potrafią się z nimi rozstać. Ostałowska oddaje głos swoim bohaterom i w ten
sposób odsłania polską zaściankową mentalność. Konflikt między rodzicami, a
opiekunami zaczyna przybierać charakter polityczny i duchowy. Ostałowska wytyka
palcem naszą hipokryzję, żerowanie na wartościach chrześcijańskich,
przedmiotowe traktowanie Innego.
W rozmowie z Michałem Nogasiem w radiowej Trójce reporterka
powiedziała, że zbiór nie ma specjalnie przemyślanej konstrukcji, a tym co
spaja wszystkie teksty są emocje. Ja jednak nie zgadzam się z ta opinią,
uważam, że „Bolało jeszcze bardziej"
można podzielić na bloki tematyczne. Pierwsze
to reportaże dotyczące młodzieży i blokowisk. Ostałowska wchodzi w świat
młodych ludzi, oddaje im głos i po prostu słucha. A swymi historiami dzielą się
z nią chłopaki z łódzkiej dzielnicy Bałuty, dziewczyny, nastolatki, które co
weekend odprężają się na dyskotece w popularnym Transie. Ostałowska jako jedna z
pierwszych udaje się na Śląsk, by tam porozmawiać z żyjącymi członkami grupy
Paktofonika. Efektem wielogodzinnych rozmów z Rahimem , Fokusem i ich
dziewczynami jest tekst „Teraz go
zarymuję".
Ostałowska porusza również tematy społeczne, zagląda do byłych
pegeerów. W reportażu „Zdarzyło się w
Atlantydzie" przedstawia ludzi z Przerośli Gołdapskiej. Świat zdaje się
tam zatrzymał, panuje bezrobocie, marazm, a tu niby do Europy wchodzimy.
Bohaterowie żyją z dnia na dzień, chłopy piją, baby starają się wiązać koniec z
końcem i jakoś się to życie toczy. Każdy każdemu do garnka zagląda i obgaduje
sąsiadów, zazdrość polska wychodzi tu każdą szczeliną. Na dodatek autorka
prześwietla nasz stosunek do innych narodowości, w reportażu „Mój Murzyn zawsze jest biały" wytyka
polski antysemityzm opisując sprawę usuwania antyżydowskich napisów w Łodzi.
Kolejny blok tematyczny dotyczy kobiet. Są to teksty mocne, szokujące,
poruszające drastyczne tematy - aborcja, wykorzystywanie seksualne przez ojca,
mordowanie noworodków. Są to reportaże krótkie, ale posiadające ogromny
emocjonalny ładunek.
Tych dwanaście tekstów łączy coś jeszcze- wątek wykluczenia. Wszyscy
bohaterowie Ostałowskiej są zepchnięci
na margines i skazani na społeczny ostracyzm. Większość z nich nie ma
perspektyw, choć niektórzy mają wiarę, ze los się do nich uśmiechnie.
Z kart książki bije jednak szarość, groza i totalna beznadzieja. Nie
są to teksty lekkie i przyjemne, nie są to historie do poduszki, ani do
porannej kawy. Ostałowska z premedytacją zredukowała redakcję reportaży do
niezbędnego minimum. Otrzymujemy zatem do rąk historie oparte na surowych
wypowiedziach, a komentarz odautorski prawie w ogóle się nie pojawia, bo i po
co? Teksty mówią same za siebie. Przedstawiają ustami swych bohaterów twardą
rzeczywistość. I bolą. Bolą przez to jeszcze bardziej.
poniedziałek, 1 października 2012
Patti Smith "Poniedziałkowe dzieci"
„Poniedziałkowe dzieci” – taki tytuł nosi polski przekład – to przede
wszystkim historia miłosna pierwszej damy rocka oraz kontrowersyjnego
fotografa – zdeklarowanego geja ze skłonnościami sadomasochistycznymi.
„Dużo powiedziano o Robercie, a usłyszymy jeszcze więcej [...]. Będzie
potępiany i uwielbiany. Jego wybryki będą piętnowanie i idealizowane. W
końcu jednak w jego twórczości przebije się prawda, namacalna postać
konkretnego artysty”. Tak, bo dla Patti Smith Mapplethorpe był przede
wszystkim artystą. Gdy w 1967 roku uratował ją przed pewnym pisarzem
science fiction, zawarli tajemniczy pakt: „Nasze wyznanie wiary było
proste – wspomina Smith – ufam Tobie, sobie ufam” – od tej pory byli
nierozłączni. Niezwykłość ich związku polegała na kompletnej
nieprzystawalności: ona potrzepana, pełna chaosu, bez towarzyskiego
obycia, ceniąca sobie przede wszystkim wolność, on z kolei poukładany,
praktyczny, nastawiony na sukces.
Cały tekst recenzji do przeczytania na stronie e-czaskultury. Zapraszam!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



