Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z ŻYCIA PRZEPISANE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z ŻYCIA PRZEPISANE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2013

Mam trzy latka



Mamy trzy latka. Już albo dopiero. Co tu dużo pisać Wy, którzy tu wchodzicie wiecie czego się spodziewać-jednego wielkiego chaosu kulturalno-prywatnego. I niech tak zostanie, bo mi dobrze w tym chaosie. Dziękuję wszystkim, którzy mnie odwiedzają, wpadają na herbatkę do mojego Kącika. Przez te trzy lata nawiązałam dzięki blogowi kilka wartościowych znajomości, które wyszły poza wirtualny wymiar. Są też znajomości utrzymywane tylko w blogosferze, ale ciągle mam nadzieję na poznanie Was w realu.

Tak sobie myślę, że kilka nowości wprowadzę na stronę. Przede wszystkim, jak mi tylko Ada pomoże :) (to właśnie jej zawdzięczam ten piękny bannerek urodzinowy, za który baaardzo dziekuję), chciałabym wprowadzić menu poziome, by trochę uporządkować ten mój śmietniczek. Co z tego wyjdzie- zobaczymy.

Do grafiki się przywiązałam i nie wyobrażam sobie już mojego bloga bez kociego Łajzy i Lady. Boszzz, jaką ona ma figurę! ;)

Ale planuję też nowe wątki. Jak już zapewne zauważyliście, częściej umieszczam informacje o różnych ciekawych wydarzeniach związanych z literaturą. Chciałabym, by mój blog stał się mini-informatorem kulturalnym. Postaram się Was na bieżąco informować o ciekawszych spotkaniach, ale tylko tych, które odbywają się we Wrocławiu, bo nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego.

Zainspirowana książką Bogusława Deptuły „Literatura od kuchni" chcę wprowadzić na blogu literacką kuchnię. Uwielbiam gotować, eksperymentować w kuchni, a czemu nie miałabym połączyć moich dwóch pasji? Co o tym sądzicie?

Takie to mam plany, co z tego wyjdzie? Pewnie niezły bigos, ale mam nadzieję, że Wam posmakuje.

Dziękuję za te trzy lata, za komentarze, które zostawiacie, za spotkania, za wasze blogi, które często są inspiracją dla mnie samej. A teraz dmuchamy świeczki, na trzy-czteeeryy!!!!


niedziela, 8 września 2013

Oskar i bąbelki oraz nowy mieszkaniec

Hmmmm, coś tu się rusza....
Eeej, nie chlap!

Dziś w naszym pokoju zamieszkał nowy lokator. Nie ma jeszcze imienia, ale pracujemy nad tym. Macie jakieś propozycje?

I na koniec muzyczna niespodziewajka-nowy teledysk Strachów. Na zdrowie!
 

czwartek, 5 września 2013

niedziela, 18 sierpnia 2013

I po urlopie :(



Dziś ostatni dzień urlopu. Booszzzzz jak mi się nie chce wracać do pracy!

Drugą część urlopu spędziłam u moich kochanych Pand (znaczy się rodziców). Dziecko wypoczęło, ale jeszcze by sobie w domku posiedziało.

Tak się akurat wszystko poukładało, że w weekend w Karpaczu odbywał się 25. festiwal Gitarą i Piórem. Mamcik kochany wspomniał mi o tym i już nie było przebacz. Pomarudziłam trochę i udało mi się ją namówić na wyjazd (to tylko ok. 40 km od domku, toż to grzech byłoby nie jechać!). Dobrze jest mieć koncertową Rodzicielkę o zbliżonych niektórych gustach muzycznych.
Wyruszyły my ok. 18:00, by w pięknych okolicznościach przyrody oddać się poetyckiej uczcie. Pierwszy na scenę został zaproszony Tomasz Steńczyk. Obie z Mamcikiem stwierdziłyśmy, że płyty tego Pana nie chcemy.

A później już same gwiazdy. 

Wolna Grupa Bukowina całkowicie mnie rozliryczniła. Zespół zagrał same klasyki. Rozpoczęli kultowym „Majstrem Biedą", był „Słonecznik", który wprawia mnie w dobry humor, moje ukochane „Chodzą ulicami ludzie", skoczna „Piosenka o zajączku". Nie mogło również zabraknąć „Nuty z Ponidzia", „Rzeki", „Sielanki o domu", która jest hymnem festiwalu.


Po Wolnej Grupie Bukowinie na krześle umieszczonym pośrodku sceny zasiadł Andrzej Poniedzielski. Jaaaacie, co za głos, co za koncert! Wprawdzie artysta zaśpiewał tylko cztery utwory, ale za to jego monologi wyzwalały w publice niepohamowane i głośne salwy śmiechu, choć było i lirycznie i nostalgicznie i sentymentalnie i sentencjonalnie, bo jak twierdzi Poniedzielski Smutek to stan gotowości organizmu do przyjęcia radości. Właściwie człowiek smutny to wstępnie człowiek radosny.


A na deser Grzegorz Turnau. Zaczął od „Między ciszą a ciszą", a później poleciały już same hity: „Bracka", „Liryka, liryka", „Wiem", „Natężenie świadomości". Były również wspólne śpiewy i gwizdanie podczas „Cichosza". Muzyk zagrał również mój ukochany utwór „Znów wędrujemy pięknym krajem".  Siedziałam tak sobie obok Maminki, niebo gwiaździste nad nami, chłodno już się zaczęło robić, ale komu to przeszkadzało? Dopiero jak się koncerty skończyły poczułam jak mi stópki z zimna zesztywniały. Ale warto było.

A w sobotę Tatko jak obiecał córeczce, tak słowa dotrzymał i zabrał rodzinkę na wycieczkę do Czech. Zaczęliśmy od Broumova, gdzie znajduje się kompleks klasztoru benedyktynów, który obejmuje m in. kościół pw. św. Wojciecha-barokową perełkę. W klasztorze znajduje sie również ogromna biblioteka licząca obecnie 20 tys. woluminów w tym Biblię pisaną w siedmiu językach. Jednak największą ciekawostką jest kopia Całunu Turyńskiego z 1651 roku.
Niestety klasztor jest bardzo zaniedbany, bo zakonnicy nie mają funduszy na jego renowację.

Z Broumova ruszyliśmy w kierunku Hvězdy, by tam zwiedzić Kaplicę Matki Bożej Śnieżnej. Jest to niewielkich rozmiarów barokowy kościółek postawiony na rzucie pięcioramiennej gwiazdy, której ramiona zakończone stożkowymi daszkami zwieńczono dachem w kształcie kopuły z okrągłą wieżyczką, na której umieszczono gwiazdę.
Po zwiedzaniu obiadek-obowiązkowo knedliczki, a potem Tatko chciał nam pokazać przepiękne widoki. Bo trzeba Wam jeszcze wiedzieć, że ten kościółek jest położony w Górach Stołowych, wokoło jest mnóstwo skałek, na których można sobie połamać nogi ;). Widoki są być może piękne, ale nie dla kogoś, kto ma lęk wysokości. Ale jeżeli ktoś nie cierpi na tę przypadłość to polecam tamte rejony.

I tym oto czeskim akcentem zakończyłam swoje urlopowanie. Dziękuję moim kochanym Pandkom za wycieczki i wytrzymanie z dziecięciem tylu dni. I to naprawdę nie ja zepsułam dozownik na mydło ;).


wtorek, 13 sierpnia 2013

Ech, cóż to był za krakowski czterodzień



No i wróciłam. Cóż to był za dobry czterodzień. Czas rozmów wieczornych, spacerów, odwiedzania różnych miejsc.

Zajechałam do Pomarańczowej Pieczary środowym wieczorkiem. Hipcio i Dragonka zaopiekowali się mną od samego początku i czułam się u nich jak u Pana Boga za piecem. Pomarańczowa Pieczara znajduje się w Nowej Hucie. Oprócz wspomnianych moich przyjaciół mieszka tam również Jej Królewska Mość- Puma.

To kocie stworzenie ma swój charakterek i co tu dużo mówić-nie przypadłam jej od razu do gustu. Choć po trzech dniach zaczęła mi się gramolić na kolana, jednak nie miałam odwagi tarmosić jej jak Oskara.

Pożarłam przepyszną sałatkę zrobioną przez Hipcia. I tu dygresja-Hipek bardzo dobrze gotuje. Dziś wypróbowałam jeden z jego przepisów na kurczaka w papryce.

Dla zainteresowanych podaję przepis:

1 pierś z kurczaka
1 czerwona papryka
1 średnia cebula
2 łyżeczki przecieru pomidorowego
przyprawa do kurczaka

Pierś kroimy w kostkę i nacieramy przyprawą do kurczaka. Odstawiamy na godzinkę do lodówki.

Cebulkę kroimy w kosteczkę i szklimy na oliwie z oliwek.
Dodajemy pociętą w krótkie paseczki czerwoną paprykę i dusimy, aż papryka zmięknie.

Dodajemy kurczaka. Jak się już obsmaży, to zalewamy przecierem rozrobionym w 2/3 większego kubka wody. Dusimy i voila! Smacznego!


Wracając do tematu, wieczorkiem Drago zabrała mnie na spacer po Nowej Hucie i mogłam podziwiać budownictwo lat 50-tych.

W czwartek zasiedliśmy z Hipciem do Zgreda (o Zgredzie poczytajcie sobie u Błotnego Ssakana blogu. To jest samochód, rocznik '91. Jeździ to to, ale w najmniej oczekiwanych momentach się psuje). Zerwaliśmy się z samego rana, bo mi bardzo zależało na odwiedzeniu grobu Szymborskiej, a chcieliśmy zdążyć przed zapowiadanymi upałami. Pojechaliśmy na Cmentarz Rakowicki i po chwili już znaleźliśmy cel naszej wyprawy. 

Nagrobek
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale tez nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

Podumałam przez chwilę i potem szybciutko na Stare Miasto do Kamienicy Szołayskich na wystawę:



Słynna podręczna zapalniczka, w sam raz nadaje się do damskiej torebki

Do kompletu-podajnik papierosowy

Nie mam pojęcia do czego służy ten bucior, może spełniać funkcję froterki

Arka Noego

Ten pojawił się naszym oczom, gdy otworzyliśmy jedne z tajemniczych drzwiczek wmontowanych w ścianę

Kanapeczkę ze świeżonką?

Ta ręka została podarowana Pani Wisławie przez Michała Rusinka i znajdowała się w toalecie

Wybierając numer, możecie dodzwonić się do Nieba i posłuchać co ma do powiedzenia Poetka

Pani Wisława w niecałej okazałości

Biblioteczka


Dyplom noblowski

Nobel

Zanim się obejrzeliśmy trzeba było jechać po Drago do szkoły. Smoczyca bowiem nie leniuchuje i przez ten tydzień pracowała w szkole językowej, przybliżając obcokrajowcom uroki naszej mowy ojczystej.

Jedziemy zatem do domku, a tu coś zaczyna klekotać. Zgred się zbuntował i mu hamulce puściły. Dosłownie. Na skrzyżowaniu miałam już wizję ogromnego karambolu, bo przecież jak tu się zatrzymać, gdy hamulce nie działają?! Na szczęście Hipek to wytrawny kierowca, poradził sobie ręcznym i jakoś się dokulaliśmy do domku. Jednak o wycieczce do Oświęcimia planowanej na następny dzień Zgred mógł zapomnieć. Zrobił to na pewno specjalnie.

Mimo że samochód został odholowany na warsztat, nie miałam zamiaru odpuszczać wizyty w Auschwitz. To był teraz właściwy moment, w którym czułam, że muszę tam pojechać. Gdy się widziałam później z Jarkiem Czechowiczem, pytał mnie po co ja tam pojechałam, ale nie potrafiłam mu odpowiedzieć na to pytanie. To była jakaś irracjonalna potrzeba konfrontacji tego, o czym czytałam z rzeczywistością.

Wyjechałam rano i trafiłam na grupę ze świetną przewodniczką. Szłam w ciszy, choć tłumy wokół były ogromne. Pełno obcokrajowców, wycieczek, ale nasza przewodniczka tak nas prowadziła, że nie mieszaliśmy się z innymi grupami, nie wchodziliśmy sobie w drogę. Szliśmy spokojnym krokiem przez te wszystkie baraki. Przyznam szczerze, że pomieszczenia, w których są włosy, buty, okulary, ubranka, miski, blok 11 zwany blokiem śmierci, gdzie trzymano o. Maksymiliana Kolbego nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakie myślałam, że zrobią.  Wszystko jest wystawione jako eksponaty muzealne, za ochronnymi szybami- to stwarzało dla mnie dystans, który pozwolił utrzymać emocje. Ale jak już weszliśmy do komory gazowej i krematorium... Nie mogłam się ruszyć, poczułam każda komórką grozę tego miejsca. Podobne emocje towarzyszyły mi nie pozwoliły mi podczas zwiedzania baraków w Brzezince, gdy przewodniczka opowiadała o tym,  jak te kobiety spały po osiem na małej pryczy, na gołych deskach. Najgorzej miały te, które spały na betonie. Szczury były wtedy wielkości małych psów i nie bały się podjadać żywych ludzi...

Mam ogromny szacunek dla takich miejsc. Zadziwiają mnie ludzie, którzy traktują wizytę w Oświęcimiu jako kolejny punkt na trasie wycieczki, jako zwykłe muzeum. Nie miałam odwagi robić tam zdjęć, źle bym się z tym moralnie czuła dlatego szlag mnie jasny trafiał, gdy taki gnojek uwiesił się na drutach i uśmiechnięty się fotografował. Wyobrażacie sobie?! Na tych drutach ginęli ludzie, a ten debil sobie pamiątkowe foty strzelał! A podczas zwiedzania Brzezinki jedna kobieta z mojej grupy wyciągnęła paluszki i zaczęła je wcinać! Przewodniczka zwróciła jej uwagę, ale...nie, no ręce opadają. Totalna znieczulica!

Po powrocie z Oświęcimia piątkowy wieczór spędziłam w towarzystwie Jarka. Peplaliśmy chyba ze trzy godziny, a i to nie starczyło, by obgadać wszystkich blogerów i blogerki ;) Na koniec pamiątkowa fota:


Sobota to był dzień, a raczej wieczór z Florence & the Machine. Wybaczcie, ale do tej pory emocje nie pozwalają mi cokolwiek napisać bez dziecinnej egzaltacji. Koncert trwał 1,5 h. Stałam pod samymi barierkami. Jeżeli ktoś miał okazję posłuchać tego zespołu na płytach, to wie, jaki mocny głos ma wokalistka. Nawet sobie nie wyobrażacie jak to brzmiało na żywo. Tak wibrowała, że nie wytrzymałam i się z wrażenia poryczałam. To było niesamowite przeżycie. Florence w czarnym stroju, niczym jakaś szamanka, wypełniła sobą całą przestrzeń sceniczną. Jej płynne ruchy połączone z niezwykle mocnym głosem hipnotyzowały. Polscy fani zgotowali zespołowi niespodziankę. Dziewczyny na koncert przyszły w wiankach na głowach. W pewnym momencie Florence poszła do publiczności, roześmiana pozbierała kilka wianków i ustroiła nimi muzyków. Widać, że była bardzo wzruszona. Ludzie reagowali również bardzo żywiołowo, cały koncert śpiewali wraz z Florence. W życiu czegoś takiego nie widziałam. 

W niedzielę trzeba było wracać. Autobus o 11:00, więc spokojnie zjedliśmy śniadanko (jajecznica z ketchupem w wykonaniu Hipcia była niebogębowa) i po 10:00 zapakowaliśmy się do Zgreda (naprawili dziada, znaczy się hamulce naprawili...). Hipek próbuje odpalić, a tu nic. Jeszcze raz. Nic. Złośliwiec jeden (nie Hipcio, tylko Zgred). No to szybka akcja taksówkowa i jużeśmy z Drago na PKS-ie były. A hipcio został ze Zgredem, któremu, jak się okazało później coś tam nie stykało w akumulatorze.

Tak oto moi mili spędziłam czas w Krakowie. I powiem Wam coś jeszcze-bardzo zależało mi na odwiedzeniu grobu Szymborskiej i myślałam, że to będzie główny cel wizyty, jednak po tych czterech dniach wiem, że nie to było najważniejsze.
Dziękuję Dragonce i Hipciowi za gościnę, ale przede wszystkim za rozmowy, które psychicznie mnie odprężyły. Dzięki tej wizycie grono osób mi bliskich powiększyło się o dwa Ssaki Błotne. Dziękuję z całego mego Magowego serduszka.