Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

środa, 10 czerwca 2015

Jaume Cabré "Jaśnie pan"






Autor: Jaume Cabré
Tytuł: Jaśnie pan
Przekład: Anna Sawicka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2015



„Jaśnie pan" jest trzecią przełożoną na język polski książką Jaume Cabré, ale w rzeczywistości jest to pierwsza powieść katalońskiego pisarza, która, notabene, sprawiła, że nazwisko autora zaistniało w świecie literackim.

Zastanawiam się dlaczego wydawnictwo zaczęło od publikacji „Wyznaję", monumentalnej powieści z bardzo skomplikowaną konstrukcją narracyjną, w której na poziomie zdania autor potrafił zmienić narratora, czas oraz miejsce. Takie zabiegi nie ułatwiają komunikacji i jeśli ktoś od początku nie wpadnie w narzucony przez autora rytm, pogubi się w narracyjnych meandrach. „Jaśnie Pan" nie jest pisany stylem znanym z „Wyznaję" i „Głosów Pamano", w niektórych tylko fragmentach Cabré jakby nieśmiało próbuje mieszać perspektywy narracyjne, ale to są tylko prawie niezauważalne, lekko kokieteryjne wprawki.

Kataloński autor zabiera nas tym razem na salony osiemnastowiecznej Barcelony. Jest rok 1799, trwają przygotowania do uroczystego Te Deum oraz powitania nowego stulecia. Główny bohater, Rafel Massó i Pujades, jest cywilnym prezesem Trybunału Królewskiego, to w jego rękach leży życie wszystkich oskarżonych, to on jest tym sprawiedliwym, który osądza ludzkie uczynki. Do jego nieformalnych obowiązków należy również bywanie na salonach. Wraz z małżonką Marianną udają się do markiza de Dosriusa, gdzie spotkanie towarzyskie uświetnia koncert Słowika z Orleanu - znanej śpiewaczki Marie de l'Aube Desflors. Na przyjęciu pojawiają się przedstawiciele arystokracji oraz przyjaciele markiza - młodziutki poeta Andreu Perramon oraz muzyk gitarowy, oficer Josep Ferran Sorts. Oddawanie się kontemplacji sztuki to jedno, ale są jeszcze przecież inne, równie ważne uciechy np. miłostki. I nie ma co ukrywać, ale elity lubią świntuszyć, tu każdy każdemu przyprawia rogi, takie to już było to arystokratyczne środowisko - do cna zdeprawowane, ale nic nie wychodziło poza  ściany alkowy.

Niekiedy jednak nie można wszystkiego ukryć, a jak to w życiu bywa, miłość ze zbrodnią się łączy. Ginie zatem w tajemniczych okolicznościach Słowik z Orleanu. Znajdują ją z podciętym gardłem i raną w sercu. Cień oskarżenia pada na młodego Andreu, który spędził z divą ostatnią noc. Ale to nie jedyna tajemnica, która jest skrywana w zanurzonej w deszczu i mgle Barcelonie. Ciset- ogrodnik jaśnie pana Rafela przed śmiercią spowiada się w obecności notariusza i wyznaje prawdę o morderstwie pewnej kobiety...

Kryminał? Tak, ale czytelnik nie dowie się, kto zamordował francuską śpiewaczkę. Aluzje i rozsiane po powieści wskazówki zachęcają do szukania zbrodniarza na własną rękę. Ale nie o gatunek tutaj chodzi i nie o przyjemność czytania wynikającą ze śledzenia zawikłanej i umiejętnie skonstruowanej intrygi. Kataloński pisarz pod przykrywką czarnego kryminału zadaje charakterystyczne dla swojej twórczości pytanie o zło, którego personifikacją w „Jaśnie Panu" staje się Rafel. Nie jest to sympatyczna postać. Swoją pozycję zawdzięcza nie tytułowi szlacheckiemu, którego nie posiada, ale wytrwałemu dreptaniu tu i ówdzie. To bohater wzbudzający jednoznaczne uczucie wstrętu. Lubieżnik, hipokryta, opanowany żądzą władzy, do tego tchórz. Ale obrywa mu się, popada w manię prześladowczą i nie ukrywam, że gdy z czasem zaczęły wypływać jego niecne grzeszki, a on coraz bardziej czuł się zaszczuty, miałam z jego obsesji niezły ubaw.

„Jaśnie Pan" to studium obsesji władzy, w którym pojawia się problematyka związana z istotą grzechu oraz pytania o to, czym jest sprawiedliwość i kto ma prawo do jej wymierzania, ale autor nie tylko zagląda do czarnych zakamarków ludzkiej duszy, bo ta powieść to również przepiękna historia młodzieńczej przyjaźni między Andreu Perramonem i Sortsem zwanym przez wszystkich Nando. Losy tej znajomości zostały zamknięte w listach na zasadzie kontrapunktu - to zabieg, który uwypukla tragizm sytuacji. Nando podróżuje z wojskiem i opisuje swemu przyjacielowi pierwsze uniesienia miłosne, przesyła mu opery, snuje plany, a tymczasem nie wie, że biedny Andreu gnije w lochu oskarżony o morderstwo.

Oprócz całej plejady postaci, jest jeszcze miasto- Barcelona. Utopiona w błocie i deszczu. Gęsta mgła jest przykrywką dla zaspokajania lubieżnych zachcianek arystokratycznej śmietanki. Cabré nie stroni od erotycznych wątków, bezwstydnie zagląda do hotelowych sypialni, zerka wraz z głównym bohaterem przez teleskop i podgląda szlachcianki.

Powieść poprzedza wstęp tłumaczki, która wyjaśnia sytuację polityczno- społeczną ówczesnej Barcelony. Wiedza o realiach epoki nie jest konieczna do zrozumienia historii opowiedzianej w „Jaśnie Panu", ale może pomóc zrozumieć - to dla tych dociekliwych czytelników- niektóre aluzje i zachowania bohaterów.
„Jaśnie Pan" to powieść przełomowa dla twórczości Cabré, to właśnie od niej zaczął się deszcz nagród i, co za tym idzie, pisarska sława. To właśnie tutaj można dopatrzyć się wątków i pytań, które staną się charakterystyczne dla całej twórczości katalońskiego pisarza - problemu zła pojawiającego się zawsze tam, gdzie człowiek może posiąść władzę nad innymi, przekraczania granic, które sobie stawiamy w codziennym życiu, a w sytuacjach ekstremalnych nagle ulegają one przesunięciu. Bo to co interesuje autora „Głosów Pamano" to przede wszystkim uniwersalizm naszych doświadczeń.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Justyna Bednarek "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)"



 
Autorka: Justyna Bednarek
Tytuł: Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)
Ilustracje: Daniel de Latour
Wydawnictwo: Poradnia K
Rok wydania: 2015




Problem ze znikaniem skarpetek jest stary jak świat. Wielu mędrców próbowało znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego skarpetki giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Mnie przekonał czeski naukowiec - profesor Kędziorek, który stworzył wiekopomne dzieło „Życie niedoparków". Tak, tak, mam na myśli jednego z bohaterów książki Pavla Šruta „Niedoparki" (poczytajcie sobie o książce TUTAJ i TUTAJ). Według profesora skarpetki giną zjadane przez sympatyczne stworki, które mieszkają w naszych domach. Justyna Bednarek ma jednak inne zdanie na temat niedoparkowatości. Autorka również, tak jak profesor, podpatrywała skarpetki i okazało się, że w Polsce sprawa ma się zupełnie inaczej (choć nie wykluczam faktu, że kilkoro niedoparków wyemigrowało do naszego kraju, by sobie napaść brzuszki polskimi skarpetkami).

Polskie skarpetki są głodne przygód i nie uśmiecha im się siedzenie w koszu na bieliznę z innymi brudnymi rzeczami. A wiecie jak to jest, gdy kogoś ciekawość zżera, nie ma wtedy rady, trzeba znaleźć wyjście z beznadziejnej sytuacji, a w przypadku naszych bohaterów - dziesięciorga skarpetek w tym czterech prawych i sześciu lewych - wyjście się znalazło w dziurze pod pralką. I tak oto szmaciani śmiałkowie myknęli w świat tajemniczym korytarzem. Nie wszyscy naraz opuścili kosz na bieliznę, bo każdy z osobna musiał dojrzeć do poważnej decyzji opuszczenia swojej bliźniaczej siostry.

Nie wiem czy wiecie, ale każda skarpetka ma swoją osobowość i swoje marzenia. Justyna Bednarek w krótkich historyjkach przedstawia perypetie swych gałgankowych bohaterów, a Daniel de Latour dzielnie jej towarzyszy, ilustrując w barwny sposób przygody skarpetek.

Bajki mają to do siebie, że możemy się w nich przeglądać jak w lustrze. Odzwierciedlają nasze cechy. Tak jest i w tym przypadku, skarpetki Justyny Bednarek nie wszystkie są sympatyczne, niektóre z nich są zarozumiałe (nie przypadła mi do gustu jedwabna, czarna, lewa, bo sławę przedkłada nad uczucia),a inne z kolei to prawdziwi bohaterowie ( z owczej wełny, gryząca, lewa, szara uratowała kota przed łobuzem, a szara prawa skarpetka uratowała małe myszki i została ich mamą).

Często bywa tak, że po wyjściu spod klosza rozpoczynamy nowe życie, czujemy powiew wolności, który dodaje nam sił i to pozwala na podejmowanie nowych wyzwań i wprowadzanie rewolucyjnych zmian. Po wyjściu z k(l)osza na bieliznę wiele skarpetek odnalazło się w nowych rolach np. zostając różami albo swetrami.

Ciekawe to przygody, a ich siła leży w tym, że nie są długie, więc naszej małej pociesze będzie łatwiej zapamiętać opisane przez Justynę Bednarek historie, by później w przedszkolu mogła opowiadać o tym jak to skarpetka z kotwicą udała się w podróż do Hilo, ale czy wróciła? Tego nie zdradzę, ale dam Wam dobrą radę - sprawdźcie wasze kosze na bieliznę, czy przypadkiem nie ma tam małej dziury, a jeśli taką znajdziecie, to nie róbcie z nią nic, pozwólcie skarpetkom na ucieczkę do wielkiego świata. One będą miały frajdę, a wy zawsze możecie sobie kupić nową parę.

sobota, 6 czerwca 2015

Henry Green "Kochając"



 


Autor: Henry Green
Tytuł: Kochając
Przekład: Andrzej Sosnowski
Wydawnictwo: Biuro Literackie
Seria: Proza
Rok wydania: 2015





Biuro Literackie w ramach nowego projektu „Klasyka z Europy" chce przybliżać czytelnikom nietłumaczone dotąd na język polski dzieła europejskich klasyków. Książką inaugurującą ów projekt jest „Kochając" Henry'ego Greena, pisarza uważanego za wybitnego twórcę angielskiego modernizmu, stawianego obok Virginii Woolf (ale, by było jasne- to nie jest Virginia Woolf w spodniach, a jedyne, co może tego autora łączyć z pisarką jest umiłowanie do omijania szerokim łukiem przecinków oraz tematyka związana z życiem arystokracji angielskiej w XIX w.).

Green określany jest mianem „pisarza dla pisarzy", ponieważ jego enigmatyczny i oryginalny styl jest adresowany do wąskiego grona melomanów literatury. Oczywiście, że w przypadku trudnych autorów istnieją dwie płaszczyzny odczytywania ich dzieł - pierwsza jest dla wtajemniczonych i wyczulonych na literackie smaczki, gry intertekstualne i inne zabawy, do których zaprasza autor, druga natomiast zadowoli zwykłych pożeraczy historii, nie szukających w dziele literackim niczego poza rozrywką. Na tym polega cały pic z dobrymi książkami z wyższej półki. A do takiej zapewne pretenduje „Kochając".

W jednym z wywiadów Henry Green wyznaje, że przy powstawaniu jego powieści najpierw tworzy się w głowie pewna sytuacja: Pomysł na „Loving" zawdzięczam jednemu służącemu, który był ze mną w straży pożarnej podczas wojny. Służyliśmy razem w tej straży i on mi opowiadał, że pewnego razu spytał starszawego kamerdynera, który był jego przełożonym, co stary najbardziej lubi pod słońcem. Odpowiedź brzmiała: „Leżeć na łóżku w letni poranek, przy otwartym oknie słyszeć kościelne dzwony, jedząc posmarowaną masłem grzankę pachnącymi cipą palcami”. W mgnieniu oka ujrzałem całą książkę.*

I w rzeczy samej „Kochając" rozpoczyna się sceną, w której starszawy kamerdyner leży na łóżku, jednak nie delektuje się grzanką, a jego palce na pewno nie pachną cipą, bo jest już jedną nogą na tamtym świecie. Jego miejsce zajmuje Charley Raunce, lokaj. Nie podoba się to pannie Burch- przełożonej pokojówek, która uważa, że po śmierci nieodżałowanego Eldona nic już nie będzie jak dawniej. Intrygi, zaginiony pierścionek z szafriem, miłostki, sekrety, ploteczki o państwie, kredensowe zagrywki, niedomówienia, czyli jednym słowem wszystko to, co w angielskiej XIX-wiecznej powieści obyczajowej powinno się znaleźć.

Green umieszcza swoich bohaterów - brytyjską służbę- w Zamku w irlandzkim Eire. W tle rozgrywa się dramat II wojny światowej, choć miejsce, w którym zostały umiejscowione postaci jest od wojennych wydarzeń odcięte. Ale tylko fizycznie, bo ciągle pojawia się strach o bliskich, którzy zostali w Anglii, cały czas słyszy się o bombardowaniach.

Klimat typowo arystokratycznego dworku został oddany przede wszystkim w dialogach, które zajmują blisko 95 % miejsca w powieści. I w tu nie znalazłam z autorem punktów stycznych. Lubię opisowość w książkach, gdybym miała ochotę na czytanie dialogów, sięgnęłabym po dramat, bądź scenariusz, ale dla mnie w powieści musi być opis. Poza tym nie do końca konsekwentne pomijanie przecinków również do mnie nie przemawia, choć zapewne ma to jakąś motywację, której ja nie odczytuję. Autor stara się oddać fonetycznie sposób mówienia swoich postaci, co świetnie w przekładzie oddaje Andrzej Sosnowski. Jednak rewelacyjny przekład to za mało, by mnie zachęcić do sięgnięcia po inne powieści Greena, jeżeli zostaną przetłumaczone na język polski.


*cały wywiad możecie przeczytać TUTAJ.
Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015 - Autor pod pseudonimem

czwartek, 4 czerwca 2015

Miseczka zdrowia - cieciorka, pomidor i seler naciowy





Co potrzebujemy:
·         puszka cieciorki albo ok. 20 dag ugotowanej suszonej cieciorki
·         25 dag pomidorków koktajlowych
·         1 ogórek
·         4 dymki
·         3 łodygi selera naciowego
·         mały pęczek natki pietruszki
·         6 łyżek oliwy
·         3 łyżki soku z cytryny
·         sól, pieprz do smaku
Sposób przygotowania:
1. Warzywa myjemy i osuszamy.
2. Ogórka obieramy ze skórki i kroimy na dużą kostkę, pomidorki na ćwiartki.
3. Drobno siekamy dymkę, seler naciowy oraz natkę.
4. Do słoiczka wlewamy oliwę i sok z cytryny, przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Zamykamy słoiczek i dobrze mieszamy sos.
5. W misce mieszamy warzywa i polewamy sosem. Mieszamy wszystko razem.
Można podawać posypane sezamem.