Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

czwartek, 23 kwietnia 2015

A zwycięzcą jest...

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Było Was tyle:
Maszyna losująca została załadowana:
Komisja w składzie Oskar-Łatka sprawdziła czy wszystko w porządku
i przystąpiła do losowania:
A zwycięzcą jest...
 Gratuluję i proszę o kontakt na adres mailowy: magdalena.wolowicz@gmail.com


Komisja wylosowała zwycięzcę w sprawiedliwym losowaniu, ale autorka bloga została rozbawiona i urzeczona wpisem Wiktorii Korzeniewskiej, więc postanowiła przyznać wyróżnienie za szczerość. 
Wiki, proszę również o kontakt mailowy.




Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich



Bo jeśli raz przywykliśmy do tego, aby radość i pociechę czerpać z książek, to już się bez nich nie potrafimy obejść. Jakżesz to byłoby straszne, gdyby nieśmiertelny skarbiec ludzkości zawarty w książkach znalazł się tylko na kasetach i w aparatach telewizyjnych lub podobnych mediach!
            Nie chcę pośrednictwa głosu osoby, która wpycha się między mnie i autora. Słowami napisanymi w samotności chcę się napawać w samotności, i to w takim tempie, które mi odpowiada. Czasami chcę czytać książkę, połykając ją żarliwie, a czasami ugryźć trochę tu i tam różnych książek, tak jak zwierzę skubie wśród różnych krzewów i czuje różne smaki.
[Astrid Lindgren]


środa, 22 kwietnia 2015

Marcin Wójcik " W rodzinie ojca mego"



 


Autor: Marcin Wójcik
Tytuł: W rodzinie ojca mego
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Reportaż
Rok wydania: 2015




To nie jest biografia o. Tadeusza Rydzyka.
To nie jest diagnoza polskiego katolicyzmu.
To nie jest monografia Radia Maryja i TV Trwam.

To jest zbiór reportaży o ludziach zgromadzonych w  imperium Ojca Dyrektora.
To jest relacja z samego serca środowiska związanego z toruńską rozgłośnią.
To jest próba zrozumienia fenomenu Rodziny Radia Maryja.

Marcin Wójcik, siedmioletni pracownik „Gościa Niedzielnego", absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie jest osobą, która ma stały kontakt ze środowiskiem katolickim. Przez dwa lata Wójcik próbował wejść w szeregi Rodziny Radia Maryja, by poznać swoich bohaterów. Obraz, jaki mu się wykreował nie budzi przerażenia, tylko współczucie. Okazuje się, że ludzie zapatrzeni w Ojca Dyrektora to często osoby zagubione, których łączy wypaczony obraz wiary katolickiej osadzający się na przekonaniu, że zło czai się wszędzie. Walka ze wspólnym wrogiem - rządem Tuska, genderowymi tendencjami, homoseksualistami - stanowi fundament tej nieformalnej organizacji.

„W rodzinie ojca mego" jest podzielona na rozdziały. Zamiast wstępu autor częstuje nas historią pani Jadwigi, która prowadzi spokojny tryb życia, lubi prace w swoim ogrodzie, bo to dobrze na stawy wpływa - typowy materiał na moherowy beret. Stereotyp. Za chwilę jednak, reporter zupełnie zmienia temat i opowiada historię księdza, który nie stroni od męskiego towarzystwa. Już o tym wcześniej pisał Wojciech Tochaman we „Wściekłym psie". Nic nowego.

Wstrząsający jest tekst o Pawle, który fanatycznie słucha Radia Maryja, ale jego żona woli Radio Zet i na dodatek nie jest zbyt religijna, więc ją karze piętnastoma ciosami noża. Wójcik rozmawia również z Krzysztofem- królem pumeksu- przekonanym, że za wiarę trzeba cierpieć, bo jak powiada: Kogo Bóg miłuje, tego biczuje. Z tych wypowiedzi wyłania sie obraz wykoślawionego i zmanipulowanego niemyślenia. To przerażające, jak można wpłynąć na innych, mając do tego odpowiednie predyspozycje, a Rydzyk niewątpliwie takie umiejętności posiada.
O samym Ojcu Dyrektorze w książce jest niewiele. Opowiada o nim jedynie osiemdziesięcioletni redemptorysta, który przez Rydzyka zrzekł się po sześćdziesięciu latach habitu. To właśnie ten zakonnik oraz o. Ludwik Wiśniewski są w książce głosami z drugiej strony radiomaryjnego muru. Tak mała ilość osób prezentujących inne podejście do Rodziny niestety szkodzi książce. Brak tu proporcji, przez co reportaże narzucają jednoznaczne wnioski. Poza tym teksty są nierówne, a obecność niektórych z nich (np. reportaż o księdzu Natanku) jest zupełnie nieumotywowana, co też rozbija spójność zbioru.

Wójcik chce pokazać w pełnym wymiarze środowisko, które bada. Zapisuje się zatem do Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej i opisuje studentów. Przez rok chodzi modlić się pod budynek KRRiT, razem z tymi, którzy pomiędzy słowami modlitwy rzucają przekleństwa w stronę Krzysztofa Lufta, członka KRRiT, za to, że TV Trwam nie dostała miejsca na multipleksie cyfrowym. Odwiedza Krzysztofa Lufta, a z przeprowadzonej z nim rozmowy wyłania się portret człowieka wierzącego, który niesłusznie jest traktowany jako wróg. Wójcik rozmawia również z innymi osobami publicznymi- z aktorem Jerzym Zelnikiem oraz z posłanką Krystyną Pawłowicz.

Mam ambiwalentny stosunek do książki Wójcika. Reporter stara się pokazać Rodzinę z kilku stron, jednak proporcje są wyraźnie zachwiane, bo zbyt mało miejsca poświęca „obcym", czyli tym, którzy nie zasilają szeregów Rodziny. Reporter w jednym z wywiadów mówił, że zajął się tym tematem, bo chciał zrozumieć na czym polega fenomen ojca Rydzyka. Tymczasem mam wrażenie, że z tych tekstów wynika inna intencja, być może nieuświadomiona, a mianowicie - próba ostrzeżenia i pokazania, jak fanatyzm, manipulacja, bazowanie na zagubieniu i samotności mogą wypaczyć największe świętości. Wójcik tak dobiera bohaterów, że mamy wrażenie, iż w Rodzinie są sami psychole, powiela więc stereotypy, które już wcześniej istniały. Brakuje mi w tych reportażach zderzenia dwóch obozów, bo wtedy czytelnik ma pełnowymiarowy obraz i sam może wyciągnąć wnioski, a w tym wypadku jest prowadzony za rękę i to niekoniecznie po drodze, jaką chciałby pójść.

Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015 - Autor ma takie same inicjały jak ja.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Dlaczego warto zwinąć do Wrocławia w ostatni weekend kwietnia?



Dziś spotkanie z Arturem Bursztą, szefem Wydawnictwa Biuro Literackie, dyrektorem jednego z najlepszych festiwali literackich - Portu Wrocław, który ma już status międzynarodowej imprezy.  W tym roku Port obchodzi dwudziestolecie. W artykułach promujących festiwal, Artur pisze, że być może będzie to ostatnia edycja Portu Wrocław. W związku z takim dictum, chciałam powiedzieć jedno: ABSOLUTNIE SIĘ NA TO NIE ZGADZAM!!! Mam nadzieję, że to jedynie kokieteria ze strony szefa Biura.

A dlaczego?

Portowi towarzyszę od początku jego przeprowadzki do Wrocławia tj. od roku 2004. Wiadomo, że poezja w naszym kraju jest traktowana po macoszemu. Nie czytamy wierszy, bo wydaje nam się, że to literatura dla wtajemniczonych. Te wszystkie metafory, przerzutnie i inne inwokacje - toż to nie jest materiał przeznaczony dla zwykłego mola książkowego. I tu się mylicie. Artur Burszta przez te dwadzieścia lat udowadniał co roku, że poezja może trafić pod strzechy. Jestem pełna podziwu dla tego człowieka, dla jego wyobraźni, a przede wszystkim, dla pasji, która ciągle pcha go do przodu i pozwala na wymyślanie coraz to ciekawszych promocji mowy wiązanej. Trzeba też wspomnieć, że Artur zgromadził wokół siebie świetną ekipę, która razem z nim prowadzi poetyckie statki do Portu.

Ale to nie miała być laurka dla Artura Burszty, choć wiele mu zawdzięczam. To właśnie dzięki Portowi poznałam niesamowitego Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego, zachwyciłam się Martą Podgórnik, odkryłam lingwistyczną poezję Joanny Mueller, podśmiewałam się przy wierszach Krzysztofa Jaworskiego. Jest jeszcze Filip Zawada, Andrzej Sosnowski, Bohdan Zadura, Wojciech Bonowicz - to moi ulubieńcy, których poznałam na Portach.
Joanna Mueller, Karol Maliszewski- Port Wrocław 2014r.
Bo dlaczego warto zawinąć do Wrocławia na festiwal?
Dlatego, że jeżeli, tak jak ja, nie znacie się na poezji, ale chcecie się dokształcić, to gdzie jak nie we Wrocławiu? Forma dokształcania jest przyjemna i co roku inna. Port, dzięki czytaniom daje możliwość przeglądu twórczości najważniejszych poetów i poetek współczesnych. Bo nie ma się co oszukiwać, ale to właśnie Biuro wydaje śmietankę współczesnej polskiej poezji. To fakt.
 
Krzysztof Jaworski - Port Wrocław 2014
A moje wspomnienia z tych blisko dziesięciu lat uczestnictwa?
A bardzo proszę, może kogoś to zachęci do przyjazdu, bo warto.
Są to fragmenty napisane dla Tawerny, miejsca, które skupia społeczność przyjaciół Biura.

Jest ciemno, próbuję się przecisnąć gdzieś bliżej sceny, bo za chwilę będzie czytał Eugeniusz Tkaczyszyn -Dycki.
Poeta wychodzi, w ręku trzyma gruby plik dopiero co wydanej antologii. Czyta, miarowo ruszając się w tył i w przód. Czyta, a w swym czytaniu zdaje się zapomniał o całym świecie. Czyta już ponad godzinę. Jest w transie. Ja też jestem w transie. Jego głos nieco chrapliwy, jednostajny, spokojny, jego ruchy-przód, tył, przód tył. Czysta psychodelia. Półmrok. Nawet nie wiem, kiedy na scenę wszedł Kamil Zając i wyrwał poetę z jego świata. Dycki zgarbił się jeszcze bardziej, podziękował i odszedł, a ja pozostałam w tym półmroku z gęsią skórką na rękach.

Czy to na tym samym Porcie, czy też może już na kolejnym, znów przeciskam się między fotelami w Imparcie, by zająć miejsce pod sceną. I nagle okrzyki, gwizdki, hałas i faaaala. Wbiega na scenę gościu w dresie z piłką w ręce i gwizdkiem na szyi. Panowie i Panie, nadszedł czas na grę, w której piłką będą słowa. Przyglądam się zaskoczona, bo na mecze nie chodzę, a tu proszę, w Porcie rozrywki różne zapewnione. A kto jest kapitanem? Sam Bohdan Zadura.

Za chwilę scenografia się zmienia, nad sceną pojawia się srebrna kula, z głośników rozchodzi się Dancing Queen Abby. Co jest-myślę sobie, a tu już do mikrofonu dobiega Marta Podgórnik. To właśnie wtedy poznałam jej poezję, to właśnie wtedy zaiskrzyło i iskrzy do dziś.

A teraz cięcie. Teatr Współczesny. Przy słabo oświetlonym stoliku zasiada Andrzej Sosnowski. Jego poemat wije się niespiesznie, poeta czyta, a w tle przewijają się psychodeliczne wizualizacje. Nagle, jak na jakimś seansie spirytystycznym, stół zaczyna się unosić i wirować. Do dziś nie mam pewności, czy to się wydarzyło naprawdę, czy po prostu wyobraźnia poruszona usłyszanymi mistycznymi wersami puściła wodze i wytworzyła oniryczne obrazy.
Andrzej Sosnowski - Port Wrocław 2010 r.
To jeszcze nie koniec atrakcji, bo Portowi zawsze towarzyszy muzyka. W pamięci pozostaje mi szalony koncert Legitymacji, gdy to ogromne miśki polarne w rytm muzyki techno rzucały się na rozbawioną publiczność. Albo niesamowity koncert Strachów na Lachy i Lecha Janerki. A Ballady i Romanse i jeszcze Pustki.

I też zawsze była strefa dla dzieciaków. To lubię najbardziej. Czytanie bajek, wrzaski, śmiechy i pełen spontan. 
Wojciech Bonowicz czytający bajki Briana Pattena- Port Wrocław 2011 r.
Trzy dni w Porcie zawsze ładują pozytywną energią. Co roku wychodzę z imprezy z nowym odkryciem, fascynacją poetycką. I to ma teraz po dwudziestu latach się skończyć? O nie. ABSOLUTNIE SIĘ NA TO NIE ZGADZAM!!!

Wszelkie informacje o tegorocznej edycji znajdziecie na festiwalowej stronie.




poniedziałek, 20 kwietnia 2015

I wypusć tu kota na balkon...




Julia Fiedorczuk "Nieważkość"



 


Autorka: Julia Fiedorczuk
Tytuł: Nieważkość
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2015





„Nieważkość" to trzecia prozatorska książka Julii Fiedorczuk. Nie miałam okazji przeczytać poprzedniej powieści i zbioru opowiadań, ale moja znajomość z tą pisarką rozpoczęła się od jej poetyckich tomików. Tak moi drodzy, Julia Fiedorczuk debiutowała jako dama zajmująca się mową wiązaną, co znajduje również odbicie w jej prozatorskich publikacjach. „Nieważkość" bowiem to poetycka opowieść o trzech kobietach, które naznaczyła historia jednego chłopaka.

Helena, Zuzanna i Ewa wywodzą się z małego podwarszawskiego miasteczka. Pewnego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach ginie ich wspólny kolega - Mirek, który jest wioskowym dziwadłem. Każda z dziewczynek miała z nim jakąś relację i, mimo że bohaterki rozstały się w dorosłym życiu, tragiczne w skutkach wydarzenie będzie je w swoisty sposób zawsze łączyło.

Zuzanna wyjechała do Warszawy. Pracuje w agencji reklamowej, jeździ po świecie i obraca się w elitarnych środowiskach. Helena ma dwójkę dzieci i codziennie sprząta w ośrodku konferencyjnym. Ewa jest bezdomna, na dodatek wpadła w alkoholizm. Wychowane na jednym podwórku dziewczyny poszły w zupełnie różne strony. Co zatem decyduje o naszym losie? Czy przypadek ma jakieś znaczenie, czy wszystko jest gdzieś zapisane?

„Nieważkość" to nie jest proza otwarta na każdego czytelnika. To powieść wymagająca koncentracji oraz przedkładająca emocje nad fabułę. Fiedorczuk buduje pogłębione psychologicznie postaci, świetnie potrafi oddać charakter każdej ze swoich bohaterek, przeprowadza wiwisekcję ich dusz.

Pisarka świetnie opisuje małomiasteczkową rzeczywistość lat osiemdziesiątych oraz czas dorastania, gdy to rodzą się w nas pierwsze fascynacje, nieśmiałe próby pierwszych zbliżeń, poznawanie własnego ciała. Fiedorczuk skacze po planach czasowych, przeplatając dzieciństwo z dorosłością.

Przyznam szczerze, że drugi raz bym nie sięgnęła po te książkę, bo jednak nie odnajduję się w tak rozedrganym i epizodycznym sposobie narracji. Ale jako osoba, która przez pięć lat studiów zgłębiała teorię literatury i kształciła sobie smak literacki, muszę przyznać, że proza Fiedorczuk to literatura z najwyższej półki. Tym ,co mnie szczególnie urzekło są sceny erotyczne. Napisać dobry fragment z „momentami" to nie lada sztuka, bo zawsze istnieje ryzyko, że pisarz pójdzie w schematyczne albo kuriozalne porównania, lukrowane epitety, zarzuci różem i wszystko opisze w stylistyce dziecięcej egzaltacji lub też przegnie w drugą stronę i stworzy hard porno. Fiedorczuk udało się stworzyć prawdziwe perełki, choć niektóre sytuacje wprawiają czytelnika w konsternację (seks piętnastolatki z profesorem).

Prawdą jest zatem to co wydawca pisze na okładce, że „Nieważkość" to Bolesna, zmysłowa, pełna tajemnic i mrocznego erotyzmu opowieść o poszukiwaniu duchowej wolności.