Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

środa, 6 stycznia 2021

Bartosz Gardocki, Kurs na ulicę Szczęśliwą, Dowody na Istnienie, Warszawa 2020.

Pierwszy raz spotykam się z tekstami tego autora. Zaciekawił mnie jego życiorys, otóż Bartosz Gardocki jest z wykształcenia prawnikiem i nawet przez jakiś czas pracował w zawodzie, jednak stwierdził, że korporacja nie jest dla niego, więc rzucił to wszystko w cholerę i pojechał zwiedzać świat. A gdy wrócił wsiadł do taksówki i od trzech już lat wozi nią warszawiaków oraz wszystkich tych, którzy znaleźli się w stolicy z różnych powodów.

Książka „Kurs na ulicę Szczęśliwą” jest posklejana z historii pasażerów, których autor woził. Wśród nich są znane osobistości m.in. Tomasz Stańko, Hanna Krall, Rafał Trzaskowski, Halina Szpilman. Ale są też i „zwykli” ludzie i ich opowieści są niezwykle ciekawe. I myślę sobie, że w wartości tych krótkich epizodów dużą rolę odgrywa sam autor, który umiejętnie i niejednokrotnie z wielkim poczuciem humoru potrafi oddać w jednej scence charakter wiezionej przez siebie osoby.

Nie będę Wam tu oczu mydlić, bo sięgnęłam po tę książkę nie tylko dla sławnych nazwisk, które woził Gardocki (tak naprawdę najmniej mnie one interesowały), ale najbardziej intrygowały mnie anonimowe postaci. Coś takiego jest w człowieku, że lubi podglądać drugiego (w tym wypadku podsłuchiwać raczej), a przestrzeń taksówki staje się bezpiecznym miejscem do opowiedzenia swoich traum, przemyśleń, radości i smutków. Dlaczego? Bo zawsze łatwiej jest się otworzyć przed obcą osobą, której prawdopodobnie już nigdy nie spotkamy.

Co ciekawe, dość częstymi pasażerami są mężczyźni uzależnieni od różnych środków. I tak poznajemy wstrząsającą historię producenta dopalaczy, czy narkomana wiezionego do ośrodka monarowskiego. To była ciekawa podróż, choć jeszcze bardziej interesujący był powrót z ośrodka. Opowieści o tym jak działa MONAR widziane oczami pacjenta. Mnie to wciągnęło.

Najbardziej wzruszyły mnie historie kobiety, która pracuje w „Żabce” i jest szczęśliwa, bo zawsze chciała być ekspedientką oraz opowieść starszej pani, która przeprowadziła się do Warszawy z Zamościa i ciągle widać jak bardzo tęskni do swojego miasta. Jest też uroczy sprzedawca skarpet, który zna wszystkich taksówkarzy i ma bardzo dobrze rozwinięty dar przekonywania, dlatego cały czas nieźle prosperuje. Z tych opowieści nie wyłania się żaden spójny obraz, otrzymujemy za to niezwykle barwny i w niektórych miejscach abstrakcyjny kolaż ludzkich losów.

Czytając te historie, nieraz się zadumałam, bo jest mi bardzo bliskie to, co czuje kobieta z Zamościa, cieszy mnie szczęście dziewczyny z „Żabki”, intryguje mieszkanie w dzielnicy Muranów, gdzie stacjonuje sobie Pan Józef, który od dawna nie żyje. Dostrzega się na tych stronach również samospełnienie autora. Widać jego profesjonalizm, gdy potrafi powstrzymywać emocje, ale też wie jak upomnieć niemiłego klienta. Jadąc taksówką z Gardockim, na pewno posłuchamy dobrej muzyki. Były prawnik ma już wyrobione oko i potrafi dopasować repertuar do wsiadającej do samochodu osoby. W taksówce też ładnie pachnie.

Ale najważniejsze jest to, że taksówkarz ma dar słuchania. Wie kiedy się odezwać, kiedy milczeć. Wzbudza zaufanie. I powiem Wam, że przy czytaniu tej książki miałam pokusę, by pojechać do Warszawy i zamówić kurs u Gardockiego.

Dla kogo więc jest ta książka?

Myślę, że dla tych, którzy lubią krótkie, ale intrygujące historie (kto by nie chciał posiedzieć w domu Haliny Szpilman przy herbacie i rozmawiać o jej sławnym mężu? Choć chyba bardziej intrygujące są kursy na Muranów, gdzie w kamienicy mieszkają duchy, z którymi wszyscy się przyjaźnią), również dla tych, którzy lubią czytać na wyrywki, bo książka jest tak skonstruowana, że można skakać po rozdziałach bez uszczerbku dla naszego zrozumienia całości. Jest to dobra lektura dla tych, którzy lubią historie z życia wzięte, ale też dla tych, którzy są ciekawi jak wygląda zawód taksówkarza od kuchni.

Ciepła, dowcipna (polecam zwłaszcza rozdział „Varia”, w którym są opisane krótkie scenki, niekiedy pojedyncze dialogi, ale ubaw miałam po pachy), wzruszająca, urocza i wbrew pozorom wcale nie lekka jest to proza. Taka jednak jaką lubię, by złapać oddech i nie przegrzewać głowy.


2 komentarze:

  1. Nie czytałam jeszcze książki o taksówkarzu. Widzę, że autor nie narzeka, tylko ceni sobie swoją pracę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, nawet bardzo. W sumie o tym marzył i dlatego uciekł z korporacji. Bardzo polecam tę książkę i pozdrawiam.

      Usuń

To miejsce na wyrażenie Twojej opinii. Ja się podpisałam pod swoim tekstem, więc Ty też nie bądź anonimowy. Anonimowe komentarze będą usuwane.