Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

sobota, 20 listopada 2010

Ile Brodki w Brodce?

Monika Brodka, wokalistka, która raczej nie mieściła się w ramach mych muzycznych zainteresowań. Nawet gdzieś na granicach mego muzycznego gustu, nie było dla niej miejsca, aż do momentu, w którym Jadzia podrzuciła mi jej nową płytę.  Wrzuciłam sobie Brodkę na uszęta i roztańczyły się me zmysły. Piękna muzyka, świetne teksty. Dobrze się tego słucha, człowiek pozytywnie do życia się nastawiona, ale...co z tego, skoro tak naprawdę wokalistka nie śpiewa własnym głosem?
Uwielbiam Marysię Peszek i Kasię Nosowską, a nowa płyta Brodki miejscami do złudzenia przypomina stylistykę tych obu wokalistek. A ja lubię, gdy ktoś ma swój wyrazisty image. Brodka, niestety, nie potrafi zaoferować nic swojego. Jest śpiewającym plagiatem, choć ma niesamowity głos i jest scenicznym wulkanem, o czym mogłam się przekonać na piątkowym koncercie. I powiem Wam, że się zdziwiłam, bo na koncert przybyły tłumy. „Nieopisany tłok, że nie wciśniesz i pół szpilki” – jak to sobie Grabaż w „Cafe Sztok” podśpiewuje. A jak było? Ano tak:


A z zupełnie innej beczki- wiecie, że wczoraj był Światowy Dzień Toalet? Zapraszam do przeczytania świetnego artykułu Jacka Antczaka- wrocławskiego dziennikarza.

środa, 17 listopada 2010

Trójkowe Mateusze

Zaciskałam kciuki za moje Strachy kochane i warto było, waaarto :) Wygrali, dostali dzisiaj Mateusza - Nagrodę Muzyczną Programu 3 im. Mateusza Święcickiego. Jest to nagroda przyznawana za osiągnięcia w dziedzinie twórczości, wykonawstwa lub popularyzacji polskiej muzyki rozrywkowej i jazzowej. W tym roku nominowani byli, oprócz Strachów, L.U.C., Baaba, Indigo Tree, Marcin Masecki, Off Festival i Pustki. Za całokształt twórczości wyróżnienie dostał zespół RAZ DWA TRZY, co też cieszy me serce. Szkoda tylko, że transmisja na żywo, która miała być emitowana na stronie Trójki zakończyła się totalną klapą i po głowie chodzi mi tylko jedno zdanie z polskiej komedii wszechczasów: „Ciemność widzę!”.
A dodam jeszcze, że statuetkę Mateusza Straszki otrzymały za „Dodekafonię”, za którą niedawno otrzymali platynę! :) Tak mało człowiekowi do szczęścia potrzebne:) Tralalalalala!

Galę poprowadzili Agnieszka Szydłowska i Wojciech Mann.

Agnieszka Szydłowska: Panie Wojtku, Grabaż sprawdził na Wikipedii Akademię Muzyczną Trójki. Ja sprawdziłam Strachy na Lachy w Wikipedii i mam pytanie: jak się na początku nazywał zespół Strachy na Lachy?
Wojciech Mann: Inaczej.

Agnieszka Szydłowska: A w którym roku wydali pierwszą płytę?
Wojciech Mann: Nie w tym.
Uwielbiam poczucie humoru Manna. :)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Chce mi się spać

Siedziałam dzisiaj jak na szpilkach. Szef przyjechał później. A mi już zaczęły chodzić po głowie myśli: a może jednak nie rozmawiać, a może to zostawić? Ale, nie! Albo dzisiaj albo nigdy. I poszłam. Usiadłam. Wyrzuciłam z siebie wszystko. Czekam na decyzję. Pierwszy krok zrobiłam, choć cały dzień jestem na melisie. Zmęczona jestem już tym wszystkim. Ciągle chodzą mi po głowie słowa piosenki „Radio Dalmacija” – zgasiłam światło już, bardzo chce mi się spać.

niedziela, 14 listopada 2010

Wóz albo przewóz

Co może przynieść nowy dzień?
Dla Ciebie płacz, a dla mnie śmiech,
Co może przynieść nowy dzień?
Dla Ciebie raj, a dla mnie śmierć.
(K. Kowalska) 
Tak sobie nucę dzisiaj, choć wcale nie jestem w nastroju do muzykowania. Boję się jutrzejszego dnia, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i niech się dzieje wola nieba. Czeka mnie ciężka rozmowa, ale wiem, że jeżeli jej nie przeprowadzę, to niedługo będę musiała brać jakieś antydepresanty. Nie potrafię dłużej żyć w takim stresie, bo to już się przekłada na fizyczne objawy. Ile można wytrzymać ze ściśniętym żołądkiem i bólem głowy? Nie chcę przez kolejne miesiące budzić się rano i zmuszać do tego, by wstać z łóżka. Nie chcę się zmuszać do niczego. A od pewnego czasu wszystko jest wymuszone. Żeby się totalnie nie odciąć zmuszam się do spotkań ze znajomymi, do wyjścia do kina, do pójścia na koncert. To daje jakiś oddech, ale tylko bardzo płytki oddech, bo z kolejnym dniem stan nieprzysiadalności powraca. A ja nie chcę być ciągle w nastroju nieprzysiadalnym, więc trzymajcie za mnie kciuki jutro. Wóz albo przewóz.

sobota, 13 listopada 2010

Koncertowo

Przyjechałam do Małego Miasteczka odpocząć, u Rodziców za piecem ogrzać stópki. I tak się jakoś poskładało, że niedaleko, zupełnie nawet blisko będzie koncert Strachów. Łaziłam, myślałam, bo przecież mam już bilet na koncert w Wielkim Mieście, a to za trzy tygodnie. Lekka przesada? Nieee, no chyba nie pojadę. Ale...Kochany Braciszek (tysiąc buziaków dla Niego- cmok, cmok, cmok, cmooook) wziął siostrzyczkę- fanatyczkę (niegroźną) i zawiózł w miejsce, gdzie o godzinie zero Strachy na Lachy wyciągnęły swój koncertowy maszt. A co sobie będę żałować, tym bardziej, że wiem, że w poniedziałek czeka mnie ciężka rozmowa, bo chcę postawić wszystko na jedną kartę, ale na razie o tym sza, wszystko w swoim czasie opiszę.
A chłopaki byli w świetnej formie. Publiczność również. Często znajomi pytają się mnie, po co tyle razy chodzę na koncert jednego zespołu, przecież oni na każdym koncercie grają to samo. Otóż nie – moi mili- każdy koncert to zupełnie inne przeżycie, a składa sie na nie kilka składników:
1.  forma zespołu- wiadomo, chłopaki ze Strachów to zwykli ludzie, którzy miewają gorsze i lepsze dni, więc nie zawsze koncert jest udany, choć przyznam szczerze, że od pięciu lat byłam na jednym takim koncercie,
2. mój nastrój- zawsze mam ochotę na koncert Strachów, ale czasami chcę „powalczyć o życie” pod samą sceną, wyskakać się, wywrzeszczeć i ponabywać nowych siniaków, ale innym razem stanę sobie gdzieś z tyłu i kontempluję, na spokojnie, wtedy jestem tak jakby gdzieś obok, obserwuję tak, jakbym w tym wszystkim nie uczestniczyła,
3. są utwory, które muszą się pojawić na każdym koncercie, ale zawsze jest jakiś nowy element- nowa aranżacja, a jak Grabażowi dopisze humor, to zagra coś, czego zazwyczaj nie grają („Na pogrzeb Króla” zagrali w zeszłym roku w Wielkim Mieście, to było niesamowite przeżycie),
4. kontakt z publicznością- zawsze jest inny, na każdym koncercie.
Dla mnie każdy koncert jest osobnym rozdziałem, choć zdjęcia z koncertów są do siebie bardzo podobne ;). A jak już o zdjęciach mowa, to zapraszam do koncertowej galerii:
Jeszcze 10 min. do koncertu
Rzuf - techniczny -  musi dopiąć wszystko na ostantni guzik 
Set- lista (Łąkę jednak zagrali)
A teraz po kolei:
Kuzyn
Maniek
Pan Areczek
Kozak
Lo
Rzuf vel. Wasiljew
Grabaż
"Piła tango" - zespół odpoczywa, publiczność daje czadu
Nie zagrali tym razem "Na pogrzeb Króla", nie było też moich ukochanych "Dygotów" i ,ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie zagrali "BTW- mamy tylko siebie". Ale poczekamy, zobaczymy, co zaprezentują za trzy tygodnie. 
Acha- hasło koncertowe: "Pocałunki tak, dopalacze fuck!" :)


środa, 10 listopada 2010

Janusz Głowacki "Good night, Dżerzi"


Józef Lewinkopf, znany jako Jerzy Kosiński. Pisarz żydowskiego pochodzenia, urodzony w Łodzi, wyemigrował do USA. Pisał w języku angielskim, a  światową sławę przyniósł mu „Malowany ptak”. Powieść rozgrywająca się podczas II Wojny Światowej opowiada o dramatycznych losach żydowskiego chłopca. Wokół książki narosło wiele legend i kontrowersji, tak samo jak wokół osoby Kosińskiego. Janusz Głowacki w „Good night, Dżerzi” „wypożyczył” sobie postać amerykańskiego pisarza i uczynił go bohaterem swej najnowszej powieści.

 „Dlaczego? Dlaczego? Dlatego, że Ameryka nikogo takiego przed nim nie widziała” – irytuje się autor „Ostatniego ciecia”. Tu się zgodzić nie mogę, ponieważ takich skandalistów Ameryka akurat miała na pęczki i to niekoniecznie w świecie pisarzy i pisarek, ale w środowisku muzycznym czy filmowym kontrowersyjnych postaci nie brakowało. Ale w sumie ja nie o tym chciałam.
Jerzy Kosiński to moja fascynacja z czasów licealnych. Nie tylko moja zresztą- zaczytywaliśmy się wszyscy „Malowanym ptakiem”, trawiliśmy naturalistyczne opisy i sceny znęcania się nad bohaterem, zło ma w sobie coś fascynującego. Sięgnęłam po kolejne książki i w końcu trafiłam na biografię Kosińskiego, napisaną przez Joannę Siedlecką. Reporterka dotarła do wsi, w której rozgrywa się akcją „Malowanego ptaka”, drążyła, węszyła i w końcu prawda o Kosińskim ujrzała światło dzienne. To są fakty. A co robi Głowacki? Ano Głowacki, albo raczej Janusz vel. Dżanus, narrator „Good night, Dżerzi” pisze scenariusz do filmu o Kosińskim. Wyciąga przy tym najbardziej kontrowersyjne fakty z życia pisarza (zarzuty, że Kosiński nie napisał „Malowanego ptaka” oraz ,że „Wystarczy być” jest plagiatem książki „Kariera Nikodema Dyzmy, dotyka mitomanii autora „Kroków” związanej z jego wyjazdem do USA), wplata w narrację fragmenty snów, listy producenta filmu, wprowadza postać Maszy- rosyjskiej malarki, o którą rywalizował Kosiński i Klaus Werner- przemysłowiec, który zamówił film u Dżanusa.

Głowacki wprowadza w  powieści dwa plany fabularne- pierwszy z nich to rzeczywistość narratora- Dżanusa, pisarza, który wyemigrował do USA, zostawiając w komunistycznej Polsce rodzinę. Na tym poziomie powieściowym Głowacki mierzy się z nowojorską socjetą artystyczną. Przedstawia mechanizmy sterujące literackim światem, wplata w powieść rozmowy z producentami, agentami literackimi, ukazuje sylwetki redaktorów. Zabiera czytelnika zarówno na bankiety jak i imprezy dla „chołoty”.  Ale jest też drugi plan- to scenariusz filmu o Kosińskim. Wchodzimy tu zatem w świat amerykańsko-polsko- żydowskiego pisarza – świat kłamstw, bo, jak to narrator trafnie zauważył- im dalej od prawdy jesteśmy, tym bliżej mamy do Dżerziego.  Poznajemy więc człowieka, który, będąc dzieckiem, ocalał od Holocaustu i podbił świat książką, w której opisał wojenne przeżycia. Jest to portret odrażający, Głowacki przedstawia bowiem Kosińskiego jako paranoika opętanego sadomasochistycznymi skłonnościami, który destrukcyjnie wpływa na otaczających go ludzi. Literatura zazębia się z rzeczywistością, autor „Z głowy” skleja postać pisarza z fragmentów postaci wyciągniętych z książek swego bohatera.
Kosiński stanowi zapewne centrum „Good night Dżerzi”, ale zaraz obok plasują się kobiety, które autor „Diabelskiego drzewa” pożądał – Masza i Jody. Obie uległy diabelskiemu urokowi Dżerziego i obie zostały przez niego zniszczone.

Głowacki stworzył literacki patchwork. Fabularyzowaną biografię ekscentrycznego skandalisty połączył z obrazem artystycznego środowiska. Ale na koniec należy zadać pytanie – czyż powieść o Kosińskim nie jest w zasadzie powieścią o samym Głowackim albo nawet szerzej – o każdym literacie, który emigruje z kraju, by zdobyć sławę? Coś w tym chyba jest.

Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki, Warszawa 2010

wtorek, 9 listopada 2010

"Galicyjskość" we fragmentach

Tak jak obiecałam, umieszczam tu fragment „Galicyjskości” – powieści mojego przyjaciela Łukasza Saturczaka. Mam nadzieję, że po przeczytaniu pognacie do Empiku, by doczytać resztę. Dodam tylko, że książka swą premierę miała na Targach w Krakowie, więc już powinna być dostępna w sprzedaży. I nie jest to reklama :) Bo całkiem obiektywne stwierdzam, że jak na debiut, to powieść Łukasza jest dobra, choć ma kilka niedociągnięć. A jak mam być nieobiektywna i patrzeć na tę książkę przez pryzmat naszej znajomości, to wiem , że Saturczaka stać na więcej, ale on jeszcze się wybije, tylko leniwy jest. A tymczasem zapraszam do lektury :). Jest to fragment z rozdziału „Wtedy”, mojego ulubionego i mym zdaniem najdowcipniejszego w całej powieści.

"Nie czuje Józek lepkiej breji na ustach, więc pewnie krwotoku brak. Dotyka jednak powoli swojej twarzy, aby utwierdzić się całkowicie w pewności, co do dobrego stanu swojego zdrowia, czy może to nie psikus przypadkiem i ból tak nie sparaliżował jego odczuwanie, że może on już martwy jest, pojęcia o tym nie ma i tylko gdzieś w najdalszych okolicach jego ciała zaczynają wygrywać pojedyncze dźwięki przypominające o ciągłym tu byciu; ciche i ledwo zauważalne. To te parę sekund, zanim znieczulenie minie, zaś nerwy posłużą za instrument na odtworzenie wszystkich tonów tej harmonii, czy raczej kakofonii płaczu i zgrzytania zębami.
- Ech Józku! – usłyszał w jednej chwili, jakby z oddali, ale jednak nad sobą, kobiecy głos, delikatny jak aksamit by powiedział, gdyby ten materiał znał, ale nie zna i opisać nie może i tylko na myśl mu sie nasuwa, że pierwszy raz taką barwę, ton czy co tam, na uszy swe nie do końca czyste słyszy.
Gdyby nie dość szybkie rozpoznanie sytuacji, pomyślałby zapewne, że do czynienia z aniołem już ma i u bram raju stoi albo przynajmniej innego niż ten świata, bo czy zasłużył na krainę wiecznego szczęścia pewny nie był. Na nic więcej jego wiejskie filozofowanie się zda więc rzuca tylko przez zęby wpatrując się w białą postać nad sobą: Najświtnsza paninka! Nic mu więcej do głowy nie przychodzi. Gapi się w piękność dalej, myśląc raczej o swoim wyglądzie; niegodnym raczej spotkania z niebieskooką istotą spoza znanej mu cywilizacji, niż o tym, z kim ma właściwie do czynienia.
- Zastanawiasz się z kim masz właściwie do czynienia? – rzuciła.
Podniosła bezwstydnie sukienkę siadając na bańce i zaczęła beznamiętnie oglądać okolicę w ogóle nie zwracając uwagi na chłopca. On oszołomiony i wystraszony czmychnąłby zapewne raz dwa, gdyby nie paraliżujący go strach, który połączony z dozą ciekawości zamienił go, żeby było już całkiem biblijne – słup soli.
- Daj spokój – powiedziała, w dalszym ciągu zajmując się komplementacją okolicy aniżeli czymś związanym z obecnością Józka – Obawiać się mnie nie musisz, przecież w słup soli cię nie zamienię. Gdyby tak było już byś się kryształem mienił, zaś tak czujesz wszystko i to odczuwanie do najprzyjemniejszych pewnie nie należy, więc daj sobie na wstrzymanie, bo żebyś wrzodów w tak młodym wieków z nerwów dostał, to raczej słaba opcja.
Wszystko dąży do ostatecznej katastrofy, jaką będzie krzyk Józka słyszalny  w całej okolicy, bo już się chłopak odblokowuje, już oddech łapie i cały swój aparat głośno-krzyczący uruchamia, gdy dama nieziemska widząc, co malec chce zrobić, wstaje i grożąc mu palcem wygłasza, tę samą co zawsze formułę:
- Nie bój się, ja nie mieczem i ogniem, ale miłością chcę cię nawrócić i tak dalej, rozumiesz? Inaczej, nie będę ci tłumaczyć, bo czasu nie mam, w świat ruszać mi kazano, bo dzieci, na które łaska moja spłynąć koniecznie musi jest więcej i ja na ciebie Józku drogi czasu tracić nie będę. Jednak chcąc nie chcąc, ktoś cię na górze lubi, human resources, pewnie lewe to wszystko i naciągane według mnie osobiście, ale jak już tu jestem, nad tobą tak stoję, to słuchaj. Słuchaj więc uważnie, bo wiadomości same złe będą i wyłącznie katastrofy ciebie i tobie bliskich czekają. Żadnych pozytywów. Ten ogień i miecz, to po trochu taka przenośnia jak ja teraz nad tym pomyślę, bo wojna będzie, po wojnie zaś nie koniec, bo się sąsiad z sąsiadem zabijać będą. O litości ani mowy, za to krwi i cierpienia dużo i takie rzeczy, o których ci się Józku nie śniło. Zresztą ja nie wiem, po co ja ci to mówię. Wiesz chcę dobrze, a się później okazuje, że wybrańcy jak ty, to później więcej przykrości mają i żyć spokojnie nie mogą. Wiesz co? Najlepiej to zapomnij o tej rozmowie, ot kapliczkę możesz po latach tu postawić, rada będę jak nie zapomnisz. Chociaż pożytku więcej będzie, jak dobry dla innych zaczniesz być i pamiętaj, sam nie jesteś, oko na ciebie mam i włos ci z głowy nie spadnie. Reszta w twoich rękach.
Co się w głowie tego chłopca po tym wszystkim działo, Bóg sam wie. Ładunek podnosił z ziemi z dobry kwadrans i nawet nie spojrzał na odchodzącą. Na jej piękne nogi, które z każdą chwilą coraz bardziej znikały w oddali, bo nie przepadła jak mara od razu, ale powoli i z gracją. Gdyby tylko Józek chciał zobaczyłby piękność w całej swej cudowności.  Tak figa, klops i koniec seansu. Stracił rachubę, ale położenie słońca dało mu do myślenia, że jak zaraz nie nadrobi drogi, to nie tylko ciemność, ale i gniew matki go czeka. Z tym zaś przelewek nie ma, bo owszem, Bóg może zsyłać anioły, matki swoje i sam osobiście przyjść, ale przed gniewem rodzicielki, to nawet sam Stwórca go nie uratuje. Gdzie diabeł nie może tam babę pośle, a kogo Bóg nie ukarze, to matka nadrobi.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Na peryferiach



Miron Białoszewski był nazywany „poetą rupieci i peryferii”. Dostrzegał w rzeczach codziennych, niecodzienne metafory. Prozę dnia zwyczajnego potrafił przekuć w poezję, tworząc przy tym swój niepowtarzalny język. Michał Olszewski nie jest poetą, ale łączą go z Białoszewskim zapewne co najmniej dwie rzeczy- fascynacja miejscami, które mieszczą się „kawał w bok od szosy głównej” oraz umiejętność wyszukiwania lingwistycznych kuriozów, które plenią się jak Polska długa i szeroka na murach  i szyldach.

„Zapiski na biletach” to zbiór kilkudziesięciu mini-reportaży, tekstów krótkich, opisujących polskie zakamarki, o których nie pamiętają przewodniki. Olszewski jeździ po kraju i zbiera okruchy świata „ nie próbując na siłę sklejać ich w całość. Wrzucam do poszczególnych szuflad swoje skarby, a potem wyciągam na sznurki, mantry z tego powstają chaotyczne albo różańce, litanie klepane z miłością i odrazą jednocześnie”. Nic dziwnego- kraj nad Wisłą, jaki wyłania się zza okien pociągu, którym podróżuje reporter, nie jest pomalowany na żółto i na niebiesko, są za to różne odcienie szarości. Olszewski zabiera nas na dworce kolejowe, których specyficzną cechą jest zapach, a raczej smród.  Podróżnego obowiązuje tu podstawowe przykazanie- niczego nie dotykać, bo nigdy nie wiesz, jaka zaraza siedzi na poręczach, ścianach czy też ławkach. Ze schematu wyłamuje się dworzec w Białymstoku, jego nieoczywista sterylność budzi jednak w autorze ambiwalentne uczucia. Wraz z autorem kupujemy bilet na podróż po Górnym Śląsku, zaglądamy do polskich „pipidówek”- Alwerni, Trzebini, ale też oglądamy Oświęcim z zupełnie innej perspektywy. Po chwili wsiadamy do pociągu i zatrzymujemy się na Mazurach, by potem powrócić na północ kraju. I tak krążymy wte i wewte wraz z autorem, a poza kolorytem lokalnym otrzymujemy również analizę turystycznej mentalności. Zaglądamy do barów, w których na ścianach wiszą sztuczne rośliny, golonka podawana jest na plastikowych talerzach, a stoły pokrywa cerata. Taka jest nasza codzienność, plastikowa i kiczowata, ale reporter nie deprecjonuje takiej rzeczywistości, wręcz przeciwnie, czasami w tekście czuć nutkę nostalgii, gdy to wspomina, że dawnymi czasy co tydzień słychać było huk trzepanych dywanów, a chłopcy grali w „świnkę”, a dziewczyny w gumki.
Olszewski jawi się jako świetny obserwator, nie tylko zagląda na peryferia, ale również bacznie przygląda się podróżującym. Bo w pociągu można spotkać różne typy turystyczne, a jeżeli będziemy mieli szczęście, być może uda nam się spotkać wymierający już gatunek „sensatów”. Bo pociąg, jak wiadomo, jest nie tylko środkiem transportu, ale również miejscem, w którym wymieniania się poglądy, dyskutuje, nawiązuje nowe znajomości, zyskuje kontakty oraz rozwija swoje kulinarne preferencje. Do tej analizy turystycznej subkultury należy jeszcze dodać językowe kurioza, które reporter z upodobaniem śledzi i kolekcjonuje.  Stąd w tej podróżniczej narracji znajdujemy oryginalne szyldy, napisy z murów i toalet, które w bezpośredni sposób charakteryzują naszą polską mentalność.
Te lingwistyczne perełki łączą się z ironicznym językiem reportera, z jego umiejętnością wyszukiwania niecodziennych i dowcipnych porównań oraz metafor. Olszewski skupia się na detalach, opisuje zapachy, kolory, a do swych zapisków dołącza czarno-białe fotografie. Bez wątpienia ełcki dziennikarz stworzył oryginalny przewodnik po polskich drogach, zapomnianych miasteczkach, dworcach, barach, zapewniając czytelnikom niecodzienną podróż zapomnianymi szlakami.
Michał Olszewski, Zapiski na biletach, W.A.B., Warszawa 2010.

czwartek, 4 listopada 2010

Poddaję się


No dobra, nie potrafię już tak dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Obiecałam sobie, że będę unikać tematu, bo – jak to mówi popularne porzekadło – Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Ale jak tu oczy mają nie widzieć, skoro WSZĘDZIE się tym mówi? No nie da rady! Kocham moje miasto, ale w takich momentach chciałabym mieszkać w Krakowie. Targi Książki i do tego jeszcze festiwal im. Josepha Conrada.  I czemu mnie tam nie  ma?! No czemu?! Ano temu, że proza życia w poezję się nie zamieni i pracować trzeba, by mieć na kawałek chleba (ale mi się rymnęło). W zeszłym roku byłam na festiwalu. Rzuciłam wszystko. Wzięłam urlop i pojechałam. Bo bym sobie nie podarowała, gdybym nie pojechała. Udało mi się załatwić wejściówki na spotkanie z Szymborską. Powiedziałam sobie, że już nigdy może się nie nadarzyć taka okazja. Już i tak sobie w brodę pluję, że nie poszłam na spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim, jak był w Wielkim Mieście. Ale przecież ja, studentka drugiego wówczas, roku polonistyki, nie mogłam opuścić zajęć. Ech, głupia byłam, ale z biegiem lat zmądrzałam i w zeszłym roku Szymborskiej nie podarowałam. I cóż to było za spotkanie. Wierszy czytanie. I na scenę wlazłam po wieczorku, bo ja fanka, bo ja zdjęcie z Panią W. chcę, a Pani W. mi w uroczy sposób powiedziała: Wie pani co, tyle już zdjęć sobie ze mną zrobiono, po czym odwróciła się i podreptała, skulona, drobniutka. A ja bez zdjęcia pozostałam. Ale autograf mam :).  
No i jak zwykle poszłam w dygresję, nic to, taką już mam dygresyjną osobowość, a chciałam o tym, że dziś na Targach spotkanie z mym najbliższym przyjacielem- Łukaszem Saturczakiem. Łukasz wydał swoją pierwszą powieść „Galicyjskość”. Wydał w Lampie i Iskrze Bożej u Dunina-Wąsowicza. Nie potrafię napisać recenzji tej książki, ponieważ za dużo rozmów było o niej z Łukaszem, nie potrafię się zdystansować, za dużo wątków „rozbroił” przede mną autor, choć przyznam szczerze, że jak na debiut, to jest to w miarę dobra powieść. I nawet postać Michała i takie rozwiązanie, jakie proponuje Łukasz, zaczynają do mnie przemawiać. Polecam Wam moi drodzy „Galicyjskość” A dziś kciuki mocno trzymałam ze mego Dzióba i teraz czekam z niecierpliwością na powrót jego i relację. A jak autor się  zgodzi to jakiś fragmencik „Galicyjskości” umieszczę na blogu.

środa, 3 listopada 2010

Czesio fan

Grabaż podobno uwielbia koty. Widać, że sympatia idzie w dwie strony. Przynajmniej w przypadku mojego futrzaka. spróbujcie mu odebrać tę płytę....

wtorek, 2 listopada 2010

Dziwny jest ten świat



Ilu ludzi potrzeba do wzbudzenia meksykańskiej fali? Czy cytryna wzbudza sympatię, a cebula może być głupia, grzyb natomiast ma aspiracje na karierowicza? Czy istnieją mechanizmy, które rządzą szybkimi randkami i ogłoszeniami towarzyskimi? Czy poczucie humoru może mówić o procesach zachodzących w najgłębszych zakamarkach naszego umysłu? Jak to zbadać, zmierzyć, czy poważni naukowcy zajmują się takimi przyziemnymi rzeczami? Otóż tak, zajmują się, a dziedzina, która wykorzystuje metody naukowe do zgłębiania osobliwych aspektów ludzkiego życia została nazwana dziwnologią.
Richard Wieseman już od ponad dwudziestu lat zajmuje się badaniem obszarów wcześniej omijanych przez główny nurt nauki. Jest specjalistą od psychologii oszustwa oraz praktykującym iluzjonistą. „Dziwnologia” to książka, w której naukowiec zgromadził i opisał swoje przygody i eksperymenty oraz umieścił analizę swych oryginalnych badań. Jego celem było spopularyzowanie tej, jakże niecodziennej gałęzi nauki. Czy mu się to udało- nie wiem, ale na pewno wydając książkę opisującą eksperymenty dziwnologiczne, poszerzył rynek księgarski o pozycję, która może stanowić również swoistą charakterystykę ludzkiej natury.
Wieseman w „Dziwnologii” opisuje dość nietypowe eksperymenty przeprowadzane przez różnych naukowców, które stały się inspiracją dla niego samego. Czytamy zatem o badaniach Hansa Eysencka i Geoffreya Deana, którzy za pomocą naukowej metodologii próbowali wykazać czy układ ciał niebieskich ma wpływ na naszą osobowość i skąd w ludziach bierze się wiara w horoskopy? Wieseman opisuje mało popularne dziedziny nauki takie jak chronopsychologia, która zajmuje się badaniem zależności między czasem, a ludzkim umysłem. Zastanawia się nad tym, czy data naszych urodzin ma wpływ na nasze myśli i zachowania? Czy istnieje coś takiego jak astrologia finansowa? Iluzjonista-naukowiec postanowił to zbadać i w 2001 roku przeprowadził eksperyment, który miał na celu sprawdzenie czy data utworzenia danego przedsiębiorstwa ma wpływ na jego przyszłość finansową? Badanie wydawać by się mogło absurdalne, tak jak wiele ukazanych w książce dziwnologicznych projektów , ale to tylko pozory. Wyniki i wnioski, które prezentuje Wieseman wcale nie są takie oczywiste. Pytanie tylko – po co to wszystko? Bo czym tak naprawdę zajmuje się dziwnologia? To przecież operacje badawcze prowadzone na naszej codzienności i wszystkich aspektach życia, które wiążą się z naszym charakterem, mentalnością. Ciekawie przedstawiają się tu eksperymenty z dziedziny psychologii sugestii, choć jednostka ludzka nie wypada w nich za różowo. Prosty przykład: autor „Dziwnoligii” postanowił sprawdzić, jak na ludzi działa siła autorytetu. W tym celu zakupił mosiężne kółko do karnisza i chromowany włącznik do lampy. Pierwszej grupie ludzi wręczał owe przedmioty z prośbą, by określili czy czują coś dziwnego. Oczywiście, nikt nic nie czuł, bo co miał czuć, dotykając zwykłych przedmiotów? Drugiej grupie Wieseman powiedział, że jest psychologiem, który stworzył dwa przedmioty, wywołujące nietypowe doznania i teraz chce sprawdzić efekty swej pracy w praktyce. Ludzie z drugiej grupy brali, więc to kółko i włącznik i opisywali swoje najprzeróżniejsze niecodzienne doznania. To się nazywa siła sugestii. Wieseman w ten sposób obnaża nasze ludzkie przywary. Okazuje się bowiem, że człowiek woli oszukać siebie niż podważyć jakiś autorytet.
Książka Wiesemana to pozycja ciekawa, zawierająca mnóstwo historycznych anegdotek ze świata nauki, a jej niezaprzeczalnym atutem jest to, że pisana jest lekkim i dowcipnym językiem, który nie ma nic wspólnego z typowym naukowym i trudno przyswajalnym slangiem. Lektura dla tych, którzy w codzienności szukają niecodziennych doznań.
Richard Wieseman, Dziwnologia, W.A.B., Warszawa 2010.