Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYZWANIE 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYZWANIE 2015. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Kalin Terzijski "Czy jest ktoś, kto cię kocha"





Autor: Kalin Terzijski
Tytuł: Czy jest ktoś, kto cię kocha
Przekład: Hanna Karpińska
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Seria: Bułgarskie Klimaty
Rok wydania: 2015



Czy jest ktoś, kto cię kocha? To pytanie zadaje bohater opowiadania otwierającego zbiór bułgarskiego pisarza Kalina Terzijskiego. Pytanie pada na antenie radia, jest noc, a później pada strzał. I redaktor też pada. Nieżywy.

Dwa (co najmniej) samobójstwa, alkohol na każdej niemal stronie, samotność i alienacja, do tego należy dorzucić lejący deszcz, szarugę i mamy klimat opowiadań, jakie serwuje nam bułgarski pisarz.

Nie brzmi zachęcająco, prawda? Zwłaszcza, że dni krótkie, słońca mało, deszcze niespokojne targają światem i zimno wszędy, ciemno wszędy, nie, to na pewno nie jest książka dobra na sezon jesienno-zimowy. Ha! I tu Was zaskoczę!

Terzijski ma dar opisywania ousiderów, dziwaków, ludzi, którzy zatopili się w beznadziei, lubi ich podglądać i z lekką ironią bawić się ich losami. Jego opowiadania są krótkie, nieprzegadane, a ich siłą są mocne pointy. Nie raz musiałam zbierać szczękę z podłogi.

Bohaterowie wzbudzają litość, czasami wstręt, czasami współczucie. To, co ich łączy, to nieumiejętność odnalezienia się w rzeczywistości pozbawionej miłości i dobrych uczuć. Ciągle w tych życiorysach pojawia się jakiś cień, trauma, z którą postaci próbują sobie radzić na swój sposób tak, jak starsze małżeństwo z opowiadania „Problemy ze sprzątaczką".  

Jest ponuro, są tęsknoty, ale Terzijski ma tę umiejętność, że nie przygniata, swoje teksty zaprawia bowiem zbawienną w tym przypadku groteską, a jako gratis serwuje absurdalne poczucie humoru.

Jak bym się zachował, gdybym nakrył, że biedak proszący o pieniądze na bilet, oszukuje? Sytuacja typowa, prawda? Ale dla bohatera opowiadania „
 Żebrak" spotkanie to staje się czymś więcej, bowiem chce pokazać córce, że człowiek człowiekowi powinien pomagać, a tu los mu zsyła takiego szczwanego gnojka. Zakończenie zaskakuje i potrzeba chwili czasu na oddech, by przejść do kolejnego tekstu. I tak jest niemalże z każdym opowiadaniem - mocny koniec, oddech i ruszamy dalej.

W  Czy jest ktoś, kto cię kocha" wyczuwa się metafizyczną perspektywę, coś jest pod poszewką, coś niedopowiedzianego. Kim jest dziwna para mężczyzn ze „Świątecznego tryptyku", którzy, pijąc na umór, pojawiają się w życiu ludzi potrzebujących obrony przed złem? Jaką radę usłyszy od Najmądrzejszego Żyjącego Człowieka, O Którym Się mówi, Że Wie Prawie Wszystko bohater „Jednej z dwóch dróg"?

Kalina Terzejskiego można zaliczyć do grona wybitnych opowiadaczy. Jego short-story są perfekcyjnie skomponowane, wciągają od pierwszego do ostatniego zdania, to proza środka, która zaspokoi gusta czytelników lubiących dobrze opowiedziane, wciągające historie oraz zaciekawi takich, którzy w literaturze szukają odpowiedzi na istotne pytania. 
KLIKNIJ W ZDJĘCIE

Książka bierze udział w Wyzwanie 2105 - Autorem jest mężczyzna

czwartek, 5 listopada 2015

Evžen Boček "Ostatnia arystokratka"






Autor: Evžen Boček
Tytuł: Ostatnia arystokratka
Przekład: Mirosław Śmigielski
Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2015



Kostka to siedziba naszego rodu (...) Pięć razy Kostkę traciliśmy i pięć razy dostawaliśmy ją z powrotem. Po raz pierwszy zabrał ją nam zakon krzyżacki. Po raz drugi husyci. Po raz trzeci Ferdynand II Habsburg, który podarował ją zakonowi krzyżackiemu. Po raz czwarty Kostkę zabrał nam Adolf Hitler, który podarował ją Heinrichowi Himmlerowi, który podarował ją SS. Po raz piąty Kostkę zabrali nam oczywiście komuniści w 1948 roku. W 1996 roku po raz piąty dostaliśmy ją z powrotem.*

I cóż było robić, skoro zamek znowu wrócił w posiadanie jego prawowitych właścicieli? Problem w tym, że Kostkowie mieszkają w Stanach Zjednoczonych i przeprowadzka do Czech jest małym wyzwaniem.

Po pierwsze trzeba zjeść mnóstwo orzeszków ziemnych w celu zgromadzenia odpowiedniej ilości opakowań. W czymś przecież trzeba przewieźć prochy krewnych, którzy zmarli w USA i czekają na pochówek w rodzinnym grobowcu.

Po drugie - Caryca- kotka, która może nie przeżyć podróży, ale perspektywa pozostania pod opieką babci, jest jeszcze bardziej ryzykowna. Cóż zrobić? Kota trzeba nafaszerować środkami nasennymi. Nikt nie podejrzewał jednak, że tabletki zaczną działać w połowie czynności, której dobrze wychowany futrzak oddaje się w kuwecie.

Ale nic to. Rodzinka w końcu trafia do swojej posiadłości, a na miejscu się okazuje, że odziedziczyła nie tylko zamczysko, ale i cały inwentarz w postaci pana Spocka- ogrodnika-hipochondryka, pana Józefa- mrukliwego kasztelana, który nienawidzi muflonów (i wcale nie chodzi tutaj o samca dzikiej owcy) oraz sprzątaczki- pani Cichej, która lubi sobie golnąć orzechóweczkę. Do tego towarzystwa dołączają jeszcze dwa dogi- Aleksander i Leonard, w skrócie: Olek i Leoś.

Rodzinkę Kostków i jej perypetie poznajemy z perspektywy Marii piszącej pamiętnik : Nazywam się Maria Kostka. Jestem trzecią Marią w historii rodu. Marię I pochowano w 1450 roku w rodzinnym grobowcu, nie sprawdzając, czy jest wystarczająco martwa. Kiedy parę lat później otworzono grobowiec, siedziała na schodach. Od tego czasu nasze zwłoki są chowane w zamkniętych trumnach. Zamknięta jest również trumna Marii II, która przy jednej z prób wyprodukowania kamienia filozoficznego najwyraźniej wynalazła dynamit. W trumnie zamknięto tylko część jej garderoby i perukę, ponieważ ciało zniknęło wraz z wieżą, w której mieściło się jej laboratorium. Obie są naszymi straszydłami. Ani jedna nie dożyła dwudziestu lat.*
Maria III- ostatnia arystokratka- ma dziewiętnaście lat...

Jak na prawdziwego arystokratę nie przystało, ojciec Marii klnie jak szewc i tonie w długach po uszy. Kombinuje więc jak by na zamczysku zarobić. I tu pojawia się Milada, specjalistka od marketingu. Jej projekt „Zamku totalnego" ma przynieść rodzinie Kostków bogactwo i sławę. Trzeba tylko otworzyć gmaszysko dla zwiedzających i zainscenizować życie codzienne szlachty. Żywymi eksponatami mają być oczywiście mieszkańcy zamku.
Zaczynają się przygotowania...

Wydawca „Ostatniej arystokratki" zapewnia, że jest to najzabawniejsza książka roku w Czechach. Nie czytałam zbyt wiele czeskich powieści wydanych w 2015 roku, ale jestem w stanie uwierzyć, że Evžen Boček mieści się w czołówce pisarzy obdarzonych umiejętnościami przyprawiania o skręt kiszek tudzież skurcz mięśni policzkowych. Ryczałam wniebogłosy, niebezpiecznie się przy tym zapowietrzając, gdy poznawałam Deniskę, która na twarzy ma więcej metalu niż wszystkie czeskie huty razem wzięte. A wiecie jak wygląda tresura dwóch debilnych dogów? Albo co się dzieje, gdy na konferencję prasową przychodzą dziennikarze, a cały dwór jest po zażyciu prozaku? I jeszcze te dialogi.

Ściskam dłoń czeskiemu pisarzowi i dziękuję mu za dawkę dobrego humoru, za dowcipne skojarzenia, przezabawne postaci, absurd pomieszany z naiwnością daje doprawdy piorunujące efekty. Do tego należy dorzucić drobne dziwactwa każdej z postaci i otrzymujemy zgrabną komedię w iście czeskim stylu. Tak jak lubię.

Cytaty oznaczone * pochodzą z książki Evžena Bočka, Ostatnia arystokratka, przeł. Mirosław Śmigielski, wydawnictwo Stara Szkoła, Wołów 2015.


Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015- główny bohater ma imię na taką samą literę co ja.


poniedziałek, 2 listopada 2015

Olga Rudnicka "Diabli nadali"




Autorka: Olga Rudnicka
Tytuł: Diabli nadali
Wydawnictwo: Prószyński i Sk-a
Rok wydania: 2015




Życie sekretarki nie jest łatwe, zwłaszcza, gdy szefem jest nie kto inny jak sam Diabeł. Niezwykle przystojny, pewny siebie, autorytatywny i martwy...

No tak, bo przecież inaczej być nie mogło. Monika przyjechała do Poznania ze wsi i dostała się na staż do renomowanej firmy reklamowej. Już pierwszego dnia natknęła się na Zdzirę, ale na szczęście w firmie pracowała również Renata, która stała się dla naszej bohaterki nie tylko przewodniczką po firmowych układach, ale również najbliższą przyjaciółką, która do samego końca stała za nią murem.

I jest jeszcze Filip, ta gnida, która tylko węszy i kombinuje, ale gdy się okazuje, że w dniu morderstwa nie ma alibi, a do tego jeszcze pewna kamera zarejestrowała niezbyt korzystne dla niego sceny, z typowym dla siebie oślizgłym ruchem wycofuje się z życia firmy.

Dziwne to morderstwo. Diabeł z głową na biurku, postrzelony w skroń, a pod ręką czasopismo pornograficzne, ale dla ... gejów. A przecież wszyscy wiedzą, że szef Moniki to przysłowiowy pies na baby. Nie, żeby specjalnie o nie zabiegał, po prostu same pchały mu się na biurko. Tylko Monice udawało się oprzeć jego szatańskiemu urokowi. Ale kilka plotek i już mamy pierwszy motyw i pierwszą podejrzaną. Zgadnijcie kogo?

A żeby było ciekawiej, sprawę prowadzi dwoje policjantów i Mateusz, który jest świeżo upieczonym adeptem szkoły policyjnej. Czy muszę dodawać, że Mateusz kocha się w Monice i znają się dłuższy czas?

To tylko zarys kryminalnej fabuły, bo po drodze jest jeszcze kilka wątków, które nakręcają całą akcję.

Kilka razy miałam już podejrzanego i dumna z siebie byłam i czytałam dalej, by utwierdzić się w swej bystrości umysłu i umiejętności kojarzenia faktów, a tu jak nie ... No tak się nie robi Pani Autorko! Cała koncepcja i misternie prowadzone śledztwo wzięło w łeb w połowie lektury! Musiałam pozbierać szczękę z podłogi (tak jak większość bohaterów) i schować mą dumę do kieszeni. I wszystko od nowa, kto jest do cholery mordercą?

Przyznać trzeba, że Rudnicka świetnie prowadzi intrygę i to jest absolutnie podstawowa umiejętność, którą powinien posiadać  autor kryminałów. Do tego jak dorzuci się humor i oryginalne postaci, to mamy zapewnioną dobrą rozrywkę. I „Diabli nadali" taką lekturą jest.

Monikę polubiłam, jest kobietą z zasadami, do tego piekielnie inteligentną, no ale nie bardzo radzi sobie z facetami. Ma za to za plecami mur w postaci ojca i braci. Mądrości tatkowe są na wagę złota i zawsze jej w życiu pomagały.

„Diabli nadali" to książka zabawna, która puszcza oko do tych czytelników, którzy są dobrze obeznani z twórczością Joanny Chmielewskiej. Rudnicka przypomina znaną pisarkę w sposobie kreowania postaci (sam fakt, że trupowi nadała pseudonim Diabeł odsyła do Diabła u Chmielewskiej) oraz nie ustępuje pisarce w wymyślaniu absurdalnych sytuacji, które w czytelniku wywołać niekontrolowaną wesołość.
 
KLIKNIJ W ZDJĘCIE


Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015- napisał ktoś przed trzydziestką

środa, 28 października 2015

Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"






Autor: Stefan Hertmans
Tytuł: Wojna i terpentyna
Przekład: Alicja Oczko
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2015



Urbain Martien tuż przed śmiercią przekazał swoje wspomnienia spisane drobnym pismem na ponad sześciuset stronach swojemu wnukowi - Stefanowi Hertmansowi. Powierzając mi te zeszyty, prosił o opisanie tego życia. Życia, które obejmuje niemal cały wiek i które zaczęło się na innej planecie (...)Urodził się w 1891 roku, jego życie nie wydawało się niczym więcej, jak przeskoczeniem przez siebie dwóch cyfr w roczniku (zmarł w 1981 r. przyp. mój). Między tymi dwiema datami miały miejsce dwie wojny, tragiczne masowe rzezie, najbardziej bezwzględny wiek w całej historii ludzkości, powstanie i upadek nowoczesnej sztuki (...).*

Hertmans ponad trzydzieści lat zwlekał ze spełnieniem prośby dziadka, bo nie potrafił znaleźć czasu na lekturę, ale w 2014 roku mijała setna rocznica Wielkiej Wojny. To m.in. było mobilizacją dla autora, choć zdawał sobie sprawę, że w zalewie publikacji, kolejne wspomnienia z linii frontu I wojny światowej mogą zostać niezauważone.

Zaczął jednak czytać i okazało się, że pamięć ludzka lubi płatać figle, bo to, co dziadek opisał w zeszytach różniło się od jego opowieści przy herbacie, które zapamiętał wnuk. Hertmans zaczął się zastanawiać nad fenomenem pamięci i doszedł do wniosku, że jest ona czymś, co tworzy naszą tożsamość. O tym jest w dużej mierze „Wojna i terpentyna".

Czym jeszcze jest ta książka? Beletryzowaną biografią? Historycznym dokumentem? Rodzinną historią? Pomnikiem wystawionym dziadkowi? hołdem dla sztuki? To też, ale dla mnie przede wszystkim jest to niesamowicie poruszająca opowieść o różnych obliczach miłości (rodzicielskiej, romantycznej, do sztuk), o okrucieństwie, które wyzwala najgorsze instynkty, ale z drugiej strony potrafi zbudować silne międzyludzkie relacje, o pasji i odkrywaniu własnego powołania, o wyrzeczeniach w imię wyższych wartości, o upadku wzniosłych idei i konfrontacji z brutalną rzeczywistością.

Hertmans przedstawił historię Urbaina Martina w trzech częściach, ale tylko w drugiej oddał głos swojemu dziadkowi, umieszczając jego dziennik bezpośrednio w książce. Są to najbardziej wstrząsające fragmenty „Wojny i terpentyny". 

Urbain opisuje lata 1914- 1918, gdy walczył na froncie I wojny światowej. Opisy są bardzo naturalistyczne, a niektóre sceny wręcz wywołują odruch wymiotny, czujemy zapach gnijących ciał, widzimy rozstrzelane na strzępy ludzkie ciała, brzydzimy się szczurów, które robią sobie uczty na zwłokach żołnierzy. Martien wyrzuca z siebie wszystko z rozbrajającą szczerością. Uderza w tych zwierzeniach okrutne traktowanie zwykłych żołnierzy przez przełożonych, a z drugiej strony przyglądamy się jak w warunkach, na które nikt nie był przygotowany, wzmacniają się ludzkie więzi.

Jest też strach, który przeszywa do szpiku kości. I zaskoczenie, bo przecież uczono ich inaczej: Przepełniało nas poczucie, że mamy naprzeciw siebie wroga pozbawionego jakichkolwiek moralnych skrupułów. Ten rodzaj prowadzenia wojny psychologicznej był dla nas czymś nowym, zostaliśmy wychowani zgodnie z surowym wojskowym honorem, moralnością i kunsztem walki, opanowaliśmy elegancką szermierkę oraz wykonywanie ćwiczeń ratunkowych, nauczyliśmy się refleksji nad honorem żołnierza i ojczyzny. To, co tutaj zobaczyliśmy, należało do innego porządku. Wywróciło do góry nogami nasze myśli i uczucia, ze strachem w sercu czuliśmy, że staliśmy się innymi ludźmi, gotowymi do wszystkiego, od czego wcześniej stroniliśmy.*

Sceny z okopów, w których nie było czasu na pójście w ustronne miejsce, by załatwić swoje potrzeby, zesztywniałe od krwi  i odchodów spodnie, rany i panika i ten obraz, gdy żołnierze widzą dziesiątki zwierząt- kotów, psów, krów, koni- płynących rzeką, by uciec przed niebezpieczeństwem. To zostaje w pamięci i kształtuje charakter dwudziestotrzyletniego młodzieńca.

Wcześniej jednak na jego życie miało wpływ inne wydarzenie, o którym pisze Hertmans w pierwszej części poświęconej młodości dziadka spędzonej w Gandawie.

Odwiedził swojego kuzyna w miejscu jego pracy- fabryce żelatyny. Widok rozkładających się zwierzęcych głów na brudnym dziedzińcu nie daje mu spokoju, uwiera go i otwiera w nim nową przestrzeń. Chłopak zdaje sobie nagle sprawę z tego, że jedynym pragnieniem, jakie ma w życiu, to nauka rysowania i malowania. Chciał robić to, co jego ojciec- malarz kościelny.

Relacja Urbaina z rodzicami jest bardzo bliska. Dziadek w swoich wspomnieniach przedstawia matkę jako osobę zaradną i honorową, która dla jego ojca zrzekła się życia w luksusie i poświęciła wszytko dla miłości. Piękna to historia, zawierająca w sobie walkę z chorobą ukochanego, z biedą i tęsknotą.

Losy dziadka, jego rodziców otwierają Hertmansowi kolejną płaszczyznę, którą umieścił w książce - to konfrontacja jego własnych wspomnień z faktami, których dowiedział się  z zapisków. Okazuje się, że przedmioty również mają w niej swoje istotne miejsce. Nagle zegarek, który autor dostał w prezencie na dwunaste urodziny i niefortunnie go roztrzaskał, ma swoją historię, która po tylu latach wywołuje wyrzuty sumienia. A co z dziwnym obrazem głowy czarnoskórego mężczyzny i otoczakiem z namalowanym cepeliowskim widoczkiem? Tajemnice skryte w przedmiotach skłaniają do refleksji i stają się brakującymi elementami dopełniającymi życiorys nie tylko dziadka, ale również wnuka.

I jeszcze trzecia część, w której poznajemy tragiczną historię miłości Urbaina i Marii Emelii. A pomiędzy rozdziałami coś dla amatorów sztuki - analizy obrazów oraz technik malarskich ilustrowane reprodukcjami.

„Wojna i terpentyna" to wielopoziomowa powieść. Hertmans spełnił prośbę dziadka, opisał jego życie, ale zrobił też coś więcej - wykorzystując prawdziwą historię, stworzył jednocześnie uniwersalne dzieło, w którym zadaje pytania o pamięć kształtującą naszą tożsamość, o to, co w życiu najważniejsze.

Cytaty oznaczone * pochodzą z książki Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015.

 
KLIKNIJ W ZDJĘCIE
Książka bierze udział w Wyzwanie 2015- akcja dzieje się podczas wojny.





czwartek, 8 października 2015

Iwona Banach "Klątwa utopców"






Autorka: Iwona Banach
Tytuł: Klątwa utopców
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Seria: Babie lato
Rok wydania 2015



A miało być tak pięknie, /a miało nie wiać w oczy nam/i ociekać szczęściem - chciałoby się zaśpiewać razem z zespołem happysad, ale w życiu lekko nie ma, o czym przekonała się Dagmara, dwudziestosiedmioletnia bohaterka „Klątwy utopców".

Cóż począć, gdy ma się dziadka Generała, który przez swoje przyjaźnie z lat młodości potrafi pokomplikować życie swej wnuczki? Chciała jechać nad morze, na upragnione wakacje. Ze swoim narzeczonym Filipem.  Ale chcieć, to nie zawsze znaczy móc, więc wylądowała w zabitej dechami wiosce, której mieszkańcy niekoniecznie byli do niej przyjaźnie nastawieni. Na dodatek musiała zamieszkać w ruderze, będącej w przeszłości psychiatrykiem. A wszystko przez jakiś tajemniczy spadek pozostawiony dla niej przez Tytusa, przyjaciela Generała, któremu dziadek Dagi świsnął sprzed nosa narzeczoną. Czyżby zapis w testamencie zmarłego przyjaciela był aktem słodkiej zemsty?

Wszyscy wokół coś wiedzą, a biedna Daga niczego od nich nie może wyciągnąć, zostaje wplątana w intrygę, której jest główną postacią.

Iwonie Banach udało się napisać komedię kryminalną. Są trupy, jest zagadka, spisek, ale przede wszystkim jest Kusiakowa- moja faworytka, wioskowa baba, której lepiej nie podskakiwać, bo może cię palnąć chochlą i wtedy święty Boże nie pomoże. Poza tym jestem zafascynowana jej zdolnościami kulinarnymi. Tylko Kusiakowa potrafi zrobić bezmięsny obiad w postaci schabowego (no przecież ziemniaków do niego naobiera). To kobieta bogobojna i nie przepuści żadnemu diabłowi, nawet takiemu w postaci różowej komórki. Wierzy też w utopce, które podobno szlajają się po opuszczonym psychiatryku.

Kusiakowa bawi, ale Filip, narzeczony Dagi, zirytuje każdego. Takiego bufona dawno nie spotkałam, więc niech Dagmara się dobrze zastanowi, zanim zdecyduje się go poślubić.  Do tej trójki postaci dorzućmy jeszcze Różową Pindzię, piękną Kingę, aspiranta Kotka, młodego weterynarza, który nie potrafi sobie znaleźć żony, więc jego zaradna matka, robi to za niego. Są jeszcze dwa przesympatyczne psy- Bestia, który kradnie i chowa zdobycze, no chyba że zostanie przekupiony jakimś smakołykiem i Precel, ogromny dog, który lubi siadać wszystkim na kolana (wyobrażacie sobie takie psisko gramolące się na wasze dolne kończyny?). 

Jestem pełna podziwu dla autorki, bo umiejętnie panuje nad tą całą chałastrą. Co chwilę jednak pojawiają się nowe wątki, a fabuła pączkuje we wszystkie możliwe strony, jakby chciała się wymknąć, ale nie z Iwoną Banach te numery, pisarka świetnie sobie radzi z prowadzeniem czytelnika po zagadkach, domysłach i intrygach. Nie raz i nie dwa dostawałam zadyszki, bo ledwo mogłam nadążyć za wariackim tempem narracji. Jedno jest pewne- z tą książką nie można odpocząć, bo nie dość, że pochłaniasz ją, zastanawiając się, co też jeszcze się przytrafi naszej bohaterce, to na dodatek co chwilę parskasz śmiechem, uruchamiając tym samym kiszki, które niebezpiecznie zaczynają się skręcać.

Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015- Autorem jest kobieta