Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

czwartek, 1 kwietnia 2021

Czytelnicze podsumowanie marca

Uuuuuuu, w marcu cieniutko z czytaniem. Po pierwsze zmiany, o których pisałam, po drugie dopadł mnie kryzys czytelniczy i ciężko mi było dobierać lektury. Po prostu przepracowanie materiału i mózg musiał się zresetować, więc większość swojego wolnego czasu poświęcałam na nadrobienie zaległości serialowych. Nie jest tak jednak, że nic nie przeczytałam. Uczestnictwo w DKK zobowiązuje mnie do przeczytania wybranej przez nas książki, więc skoro w mijającym miesiącu wylosowana została Soukupová, stwierdziłam, że dobrze będzie odświeżyć sobie jej twórczość. No i w końcu też sięgnęłam po eseje Tokarczuk, bo aż mi głupio jakoś na duszy było, że jeszcze nie udało mi się zapoznać z „Czułym narratorem”. Poniżej krótka lista moich marcowych lektur z krótkim komentarzem. 

Petra SoukupováZniknąć, Afera, Wrocław 2012. 

Czytałam tę książkę dziewięć lat temu i jestem mile zaskoczona, ponieważ nadal Soukupová mnie zachwyca. Jest to zbiór trzech opowiadań pisanych z charakterystyczną dla tej autorki wnikliwością. Każde z opowieść pokazuje relacje między rodzeństwem. Streszczać ich nie ma sensu, bo wystarczy poczytać recenzje i tam już zarys fabuły dostaniecie. Tym, co uwielbiam u tej autorki, to jej umiejętność wejścia w głowę dzieciaka. Acha, pierwsze opowiadanie dla wrażliwych rodziców może być wstrząsające. Ja po tym spać nie mogłam i jak sobie wyobraziłam opisaną sytuację w swoim życiu, to się autentycznie rozpłakałam. No cóż. Ale ja to wrażliwiec jestem, a Wy się po prostu przekonajcie czy macie tak samo. 


Petra SoukupováNajlepiej dla wszystkich, Afera, Wrocław 2012. 


Lektura na DKK. Recenzja będzie na dniach. 


Olga Tokarczuk, Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019. 


To jest najnowszy zbiór esejów, w którym znajduje się m.in. noblowska mowa autorki oraz wykłady łódzkie dotyczące narracji i bohaterów powieści. I gdy to czytałam, znaczy się te wykłady, to w sumie nic nowego się nie dowiedziałam, ponieważ na studiach polonistycznych dokładnie tego się uczyłam, ALE...no właśnie, ale gdyby ktoś, jakiś profesor w taki sposób opowiadał o narratorze i bohaterach jak Tokarczuk
to chapeu bas, w pas bym się im kłaniała! Nauka byłaby jeszcze większą przyjemnością. No cóż, kto zna styl autorki, wie jak noblistka potrafi wszystko o czym pisze wyprowadzić w metafizyczne rejony. I tak samo czytanie o czytaniu staje się przeżyciem niemalże mistycznym. I to jak pisarka opisuje szczegóły, obrazy, jak maluje słowem, nawet jak ktoś nie trawi eseju, to gwarantuję, że ten zbiór mu się spodoba. Tylko uwaga, są spojlery, więc jeśli ktoś nie czytał „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, to niech ostrożnie przegląda akapity, bo przypadkiem może się dowiedzieć kto zabił.  

Ach, no i też jest to gratka dla fanów „Ksiąg Jakubowych”, dlaczego? 😀 A nie powiem. Nie będę spojlerować 😛. 


A Wy jak tam? Też w kryzysie, czy wręcz przeciwnie? A może macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na taki czytelniczy kryzys? 




niedziela, 21 marca 2021

Zmiany, zmiany!

 Znowu przyszło nowe. Otóż po pięciu miesiącach szukania pracy, trafiłam na staż do Urzędu Miasta. Oczywiście, jak to w naszym pięknym kraju bywa, stażystów traktuje się jak tanią siłę roboczą i zapierniczaj tu człowieku osiem godzin, a po miesiącu na koncie efekt tego zobaczysz taki, że nic tylko pod ścianę płaczu się udać.

Ja jednak podchodzę do tego tak- lepiej mieć troszkę, niż nic. Poza tym zawsze nauczę się czegoś nowego, co dla mnie po trzech latach siedzenia w domu jest fascynującą przygodą intelektualną:). Na szczęście szefostwo doceniło moje doświadczenie zawodowe i nie muszę nikomu robić kawy i układać dokumentów. Nie, normalnie pracuję. I to też wiąże się z tym, że niestety, ale na razie nie mam siły na czytanie, a tym bardziej na pisanie. Muszę na nowo ogarnąć się czasowo, przywyknąć do wczesnego wstawania i wtedy mam nadzieję wszystko wróci do normalności.

Bloga nie zawieszam, ale pewnie będę rzadziej tu bywać i mam nadzieję, że też tu od czasu do czasu zajrzycie.

A dziś pierwszy dzień wiosny. Za oknami plucha, rano nawet padał śnieg, ale to przecież nie znaczy, że taka nam wiosenka będzie humorzasta przez czas cały. Oby jak najwięcej słońca, ciepła i zieleni, czego Wam i sobie życzę.

sobota, 6 marca 2021

Wyzwanie z Lubimyczytać.pl - marzec

 Kolejny miesiąc czytelniczego wyzwania z Lubimyczytać.pl. Tym razem czytamy:


Jak znaleźć takie książki w portalu? To proste. Wchodzimy tylko na stronę Lubimyczytać.pl (podlinkowałam wyżej) i wchodzimy w katalog=>książki i po lewej stronie mamy poniżej wyszukiwarkę tagów. Ja sobie wybrałam #poradniki dla rodziców i poniżej prezentuję Wam jeden z nich, który miałam przyjemność niedawno przeczytać. Zapraszam do lektury.

Ewa Tyralik-Kulpa, Uwaga! Złość!, Natuli, Warszawa 2020. 

Złość to emocja, która nie ma dobrego PR-u. Nie lubimy złośników, choleryków, czasami boimy się wybuchów czyjejś furii, ale Ewa Tyralik-Kulpa chce oswoić tego niemile widzianego gościa i mówi do nas: hej, ludzie, złość to bardzo ważny element naszego życia! To właśnie dzięki tej emocji, którą określa się mianem alarmującej, dowiadujemy się, że właśnie ktoś przekroczył nasze granice albo stwarza dla nas zagrożenie. To tylko dwa komunikaty, które złość nam przekazuje. Jest ich jeszcze kilka. 

Autorka tego złościowego poradnika jest z zawodu trenerką komunikacji i umiejętności społecznych, prowadzi wiele szkoleń z zakresu empatycznej komunikacji. Zanim zajęła się tematem złości naukowo, sama przeszła terapię Gestalt. Jest też zwolenniczką metody Alexandra Lowena (bioenergetyka, która akurat do mnie nie przemawia w ogóle) oraz promotorką komunikacji w duchu Porozumienia bez Przemocy (to akurat jest mi bliskie). 

 

Książka „Uwaga! Złość!” została wydana w serii rodzicielskiej, jednak temat jest oświetlany z różnych perspektyw i informacje z lektury przydadzą się nie tylko rodzicom, ale myślę, że każdy z nas znajdzie w tym tekście dużo cennych wskazówek i strategii na radzenie sobie w momencie zalewającej nas fali irytacji, która w kilka sekund może przekształcić się w prawdziwy sztorm. 

 

Ewa Tyralik-Kulpa zaczyna od tego, czym jest w ogóle złość oraz pokazuje jakie mity związane z tą emocją krążą w społeczeństwie. Badaczka opisuje jak działa nasz mózg w momencie silnego zdenerwowania, posiłkując się schematem jego budowy zaproponowanym przez Siegela. Na teorii tego badacza opowiada również o tym, co dzieje się z mózgiem człowieka w poszczególnych fazach dorastania. Autorka chce nas nauczyć zwracać uwagę też na sygnały płynące z naszego ciała, które ostrzegają przed zbliżającym się wybuchem.   

 

Fakt, w tej książce jest dużo merytorycznej wiedzy popartej nie tylko doświadczeniem badaczki, ale również badaniami tylu naukowców, że nawet nie jestem w stanie powtórzyć ich nazwisk 😊. Często pojawia się odwołanie do NVC czy też empatycznej komunikacji, są rysunki, tabelki, wszystko pięknie i przejrzyście wydane. I przyswojenie sobie wiedzy o złości dzięki tej książce jest naprawdę przyjemne, ale...no właśnie, zazwyczaj jak czytam coś z tematyki radzenia sobie z emocjami, empatycznej komunikacji, czy też Porozumienia bez Przemocy, to mam wrażenie, że fajnie to wygląda na papierze, ale już w życiu, gdy emocje nami targają, jest już zupełnie inaczej.  

 

Niestety, jestem typem osoby, która dystans między jedynką w skali złości, a dziesiątką pokonuje w pięć sekund. Nie udało mi się jeszcze ani razu zatrzymać się i przyjrzeć myślom-zapalnikom, bo u mnie, mam takie wrażenie, od razu „gadzi mózg” odcina mnie od kory nowej i włącza mi się tryb ataku. 

Ale jest nadzieja, ponieważ nasze mózgi są tak genialne, że można je ćwiczyć w każdym wieku i im bardziej się staramy, więcej praktykujemy, to w końcu „zapisujemy” nowy schemat i to on nam się włącza z automatu, gdy górę biorą silne emocje. 

 

To czego mi zabrakło w tej książce to omówienie tematu „zarażania” się złością. Bo bardzo fajnie autorka pokazuje jak sobie poradzić z wrzeszczącym w histerii dzieckiem, tylko ta sytuacja jest przeznaczona raczej dla osób, które mają stalowe nerwy. Niestety, złość jest zaraźliwa i nie zawsze mamy też możliwość np. zostawienia na chwilę dziecka, by samemu się uspokoić. Poza tym wydaje mi się, że te dzieci ze scenek przedstawianych w parentingowych poradnikach są hmmm, jakby trochę nierealne...rzadko się chyba zdarza, by dwulatek albo trzylatek był w stanie wysłuchiwać tłumaczenia rodzica (nawet po opadnięciu emocji), on już jest w innej sytuacji i tamten epizod w ogóle go nie interesuje. Tak mi się to rysuje z obserwacji innych rodziców i znajomych dzieci oraz z rozmów z innymi mamami. 

 

Warto więc czytać takie poradniki, które nie zawsze przystają do życia? Ano warto, bo zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć, można próbować wcielać życie i nie zrażać się porażkami. I nie ma co ukrywać, całkiem przyjemnie się czyta rzecz, która oswaja potwora złości w całkiem sympatyczny i merytoryczny sposób. 

niedziela, 28 lutego 2021

Czytelnicze podsumowanie lutego cz.2

Dzisiaj wrzucam druga część lutowych lektur. Zdziwiłam się, gdy na koniec podsumowania wyszło, że przeczytałam dziesięć książek. Fakt, że są tu też krótkie zbiory opowiadań, ale jednak przy ograniczonym czasie na czytanie mogę powiedzieć, że jestem w lekkim szoku ;).

 


6. Ottessa Moshfegh, Mój rok relaksu i odpoczynku,  przeł. Łukasz Buchalski, Pauza, Warszawa 2019.

Dziwna to jest książka. Główna bohaterka postanawia wypisać się na rok ze świata i chce zasnąć, by po dwunastu miesiącach się odrodzić na nowo. W tym celu udaje się do psychiatry i kłamiąc, że ma problemy ze snem, dostaje środki nasenne, z wizyty na wizytę coraz silniejsze. I jak sama bohaterka mnie dość mocno irytowała, to już postać psychiatry przypadła mi do gustu. Totalnie oderwana od rzeczywistości, traktująca trochę o beznadziei życia, trochę też groteskowa. Dla mnie jest to tez książka o depresji, o tym jak trudno nam znaleźć sens naszej egzystencji, o zagubieniu w świecie i o próbie poradzenia sobie z wszechogarniającym poczuciem bezsilności. Wydaje mi się, że każdy kto przeczyta tę książkę, odnajdzie w niej coś innego. Czy warto na nią tracić czas? Myślę, że tak, to dobra literatura. A jaka okładka!

7. Marie Aubert, Zabierz mnie do domu, przeł. Karolina Drozdowska, Pauza, Warszawa 2021.

 Mam w planach „Dorosłych", to jest pierwsza wydana w Polsce książka tej pisarki, natomiast w rzeczywistości najpierw zostały napisane opowiadania, które czytałam w lutym. Michał Nogaś bardzo zachwalał „Zabierz mnie do domu", a jak pan redaktor zachwala, to trzeba przeczytać. I muszę powiedzieć, że tak, to jest to. Kilka krótkich opowiadań, obrazków z życia, które łączy motyw braku domu rozumianego tutaj wielopłaczszyznowo. Opowiadania z dobrą piontą, ciekawym tokiem narracji. O dziwo bardzo dobrze się to czytało, choć muszę przyznać, że odwykłam od krótkich form.

8.  Karolina Korwin-Piotrowska, Reset, świat na nowo, Mando, Kraków 2021.

Jest to zbiór wywiadów dotyczący spojrzenia na ubiegły rok w kontekście tego co się stało, czyli pandemii. Do rozmowy dziennikarka zaprosiła przede wszystkim osoby ze świata szeroko rozumianej kultury (film, literatura, świat mody, mediów, są też rozmowy z ekolożkami i psychoterapeutką). Zbiór otwiera rozmowa z ratownikiem medycznym.  Dużo ciekawych rzeczy dowiedziałam się z tej lektury np. o funkcjonowaniu świata mody od kulis, kondycji środowiska naturalnego,  czy też o produkcji filmów. Jednak trochę mnie zdołowała ta książka, bo choć większość z rozmówców jest raczej ciekawa tego, co będzie dalej, to jednak z tych rozmów więcej zostało mi w głowie czarnych prognoz. Ta książka zmusiła mnie do tego, by na chwilę się zatrzymać i pomyśleć, co się właściwie wydarzyło i jak to wpłynęło na moje życie, środowisko i jakie zauważam tego plusy i minusy.

9. Igor Jarek, Halny,  Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2020.

To jest zbiór opowiadań z klamrową kompozycją, którego głównym motywem jest Nowa Huta. Niby to są osobne teksty, ale jednak postaci w nich umieszczone wchodzą ze sobą w relacje i przez to jeden tekst ściśle łączy się z drugim. Dopiero po dotarciu do końca zbioru rysuje nam się jakiś klarowny obraz literackiej rzeczywistości, którą przedstawia nam Igor Jarek. Jednak ta książka nie spodoba się wszystkim. To mocna proza, z drastycznymi scenami, pisana bluzgiem. Rzeczywistość Nowej Huty przedstawiona jest z perspektywy tzw. półświatka i ludzi marginesu. Każdy z tych bohaterów nie był rozpieszczany przez życie.  Dużo w tych tekstach przemocy, ale też i swoistej wrażliwości. Jednak nie polecam osobom o słabych nerwach i tym, którzy nie trawią wulgaryzmów jako środka ekspresji artystycznej.

10. Carmen Hernández Barrera, Dzienniki 1979-1981, przeł. prezbiterzy Redemptoris Mater pod kierunkiem ks. Piotra Jutkiewicza, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2021.

Wydaje mi się, że to jest książka tylko dla osób z „branży" neokatechumenalnej. Chociaż może też zainteresować osoby, które lubią czytać dzienniki świętych. Bo Carmen, teraz po tych zapiskach to widzę, była święta. Dla osób niezorientowanych, kilka słów wyjaśnienia. Carmen wraz z Kiko Argüello była założycielką neokatechumenatu, czyli jednej z formacji duchowych działającej w ramach Kościoła katolickiego. Zapiski ukazują wnętrze Carmen. I bardzo mnie ono zaskoczyło, bo jest tam mnóstwo cierpienia, zniechęcenia, ale też walki ze swoimi słabościami (była nałogową palaczką) i tym co mnie ujmuje najbardziej, codziennym uciekaniem się do Chrystusa. W tych dziennikach widać ogromną miłość i tęsknotę za Jezusem. Fakt, że czyta się to jak modlitewnik, bo dużo tam zwrotów do Boga, mało natomiast faktów, a jeśli już są, to opisane bardzo lakonicznie. Ale dla mnie to bardzo ważna formacyjnie książka. Akurat na czas Wielkiego Postu.

Miłej niedzieli.

A jak macie ochotę, to podzielcie się swoimi lekturami, może mnie coś zainspiruje na kolejny miesiąc?

sobota, 27 lutego 2021

Czytelnicze podsumowanie lutego cz. 1

 Luty dał mi trochę popalić. Przez cały miesiąc nasz Gałganek chorował, a co za tym idzie, nie chodził do żłobka. Konsekwencją tego wszystkiego był brak czasu na spisywanie swoich wrażeń z lektur i dzielenie się nimi z Wami tutaj na blogu. Dlatego wraz z końcem miesiąca wrzucam podsumowanie tego, co udało mi się przeczytać w lutym.



1. Gail Honeyman, Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, przeł. Magdalena Słysz, Harper Collins Polska, Warszawa 2017.

Tę książkę udało mi się zrecenzować i pewnie niedługo wrzucę tu notkę z lektury.  Bohaterka mnie na początku irytowała, ale szybko zdobyła moją sympatię. Polecam bardzo, świetna lektura, szkoda, że wydawnictwo nie zainwestowało w odpowiednią promocję tego tytułu, bo gdyby nie DKK w życiu bym się o nie j nie dowiedziała.

2. Mira Marcinów, Bezmatek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Recenzja TUTAJ.

3. James Gould-Bourn, Mój tata panda, przeł. Ewa Penksyk-Kluczkowska, Marginesy, Warszawa 2021.

Ciepła historia o tym jak tata się stara, by synek się nie dowiedział, że stracił pracę i teraz nie mają za co żyć. I pewnego pięknego dnia wpada na genialny pomysł, że będzie w parku wraz z innymi ulicznymi artystami, zarabiał na życie jako panda. Tańcząca panda. Dodam tylko, że syn i tato są po traumatycznych wydarzeniach. Rok wcześniej w wypadku zginęła mama. Synek był z nią w samochodzie i przeżył. Od tego momentu się nie odzywa.

Wciągająca fabuła i pięknie pokazana relacja, a raczej jej budowanie na nowo. Do tego nietuzinkowi i zabawni bohaterowie z tańczącą na rurze Lucy na czele, która rzuca mięsem na lewo i prawo. Taka trochę bajka dla dorosłych i dla dzieci też się nada.

4. Walter Tevis, Gambit królowej, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, Czarne, Wołowiec 2020.

Nie sądziłam, że książka, w której większość tekstu dotyczy gry w szachy, tak mnie wciągnie. Ale nic Wam tu nie zdradzę, bo napisałam o tym więcej i na dniach pewnie wrzucę. :)

5. Michel Laub, Dziennik upadku, przeł. Wojciech Charchalis, Pauza, warszawa 2020.

Po tę książkę sięgnęłam, bo bardzo ją zachwalali na literackim podsumowaniu 2020 roku (Nogaś, Sobolewska i Małochleb). No cóż, książeczka niewielkich rozmiarów, ale daje po pysku. Pokazany problem Holocaustu, ale od zupełnie innej strony. Główny bohater jest żydowskiego pochodzenia. Jego dziadek przeżył wojnę i obozy i wokół jego postaci narosło mnóstwo mitów w rodzinie. Wnuczek, który jednocześnie jest narratorem,  zaczyna widzieć, że przeszłość dziadka staje się usprawiedliwieniem na wszystko, co po ocaleniu wyprawiał, na to, jak traktował rodzinę. Bohater jest skażony pewnym wydarzeniem ze swojej szkoły, w której uczyli się głownie Żydzi. Był tam też chłopak-goj, którego żydowscy koledzy dręczyli. Książka daje do myślenia, pokazuje, że Żydzi to nie tylko ofiary i że Holocaust może być też wygodną wymówką do stosowania przemocy nie tylko fizycznej, ale też i psychicznej.

niedziela, 7 lutego 2021

Wyzwanie czytelnicze Lubimyczytać. pl - luty

 

W miesiącu lutym czytamy książki, które znalazły się na liście nominowanych jako książka roku 2020. Listę tytułów znajdziecie TUTAJ.

Ja wybierałam z kategorii Literatura piękna. Już dawno chciałam przeczytać debiut prozatorski Miry Marcinów Bezmatek". Zaintrygowała mnie okładka oraz informacja
od wydawcy :
„Bezmatek” to brutalna opowieść o pragnieniu życia i ucieczce od umierania oraz historia wielkiej, szalonej i zachłannej miłości, jaka może wydarzyć się tylko między matką a córką. Dałam się złapać na zapowiedź szalonej miłości.

Z jednej strony cieszę się, że Mira Marcinów napisała tak krótką książkę, bo jej ładunek emocjonalny przy większej ilości stron mógłby rozsadzić mi serce. Z drugiej strony język, styl autorki jest tak wciągający i poruszający, ze chciałoby się więcej.

To proza trudna, zabierająca oddech, ściskająca w klatce piersiowej, powodująca powstanie guli w okolicy przełyku. No nie da się tego przeczytać w jeden wieczór, choć to zaledwie 92 strony w wydaniu e-bookowym.

Matka odeszła, gdy bohaterka miała 32 lata. Tego nie robi się dziecku. Nie miałam planu awaryjnego, który przewidywałby zastąpienie matki kimś innym - wyznaje. A kto go ma? Nawet, gdy mamy czas na pożegnanie, na przygotowanie się do utraty ukochanej osoby, takiego planu nigdy nie układamy, bo zawsze z tyłu głowy czai się nadzieja, że może jednak jeszcze to nie ten moment. Uciekamy przed śmiercią, tak jak bohaterka Bezmatek". Niestety wyścig zawsze przegrywamy- ot taki banał- jedyne co można zrobić to spróbować ostrzec tych, którzy jeszcze zostali:

Do właścicielek matek:

Nie obnoście się z nimi tak bezkarnie. Róbcie to po kryjomu. Ja też kiedyś byłam właścicielką takiej matki, w której idzie się zakochać na zabój.

Tak, znalazłam w tej książce szaloną miłość matki i córki. Są wspomnienia, jest opieka nad chorą, ale przede wszystkim są ponad dwa lata żałoby, której końca nie widać. Bohaterka nie jest w stanie normalnie funkcjonować wewnętrzne. Wszystko jej przypomina matkę, nie ma się co dziwić, były ze sobą mocno związane.

Ta książka przeraża swoją prawdziwością. I nie chodzi mi tutaj o wątki autobiograficzne, na których opiera się cała narracja, nie. To autentyczność uczuć, które na pewno każdego kto kocha (nawet niekoniecznie chodzi o rodziców, ale o tych, z którymi jesteśmy bardzo blisko) wcześniej czy później dopadną. Boli od samego czytania.

To książka ważna, próbująca znaleźć język opisujący stratę. Marcinów się to udaje. Krótkie zdania, minimalistyczne opisy, niewielkie akapity, błyski, myśli przeplatane piosenkami z dzieciństwa. Samotność w zdaniach.

 

 

 

 

niedziela, 31 stycznia 2021

Czytelnicze podsumowanie stycznia.

 Jak sobie przeglądam tytuły moich styczniowych lektur, to widzę same dość opasłe tomiszcza.

Nowy rok zaczęłam z „ Ościami" Ignacego Karpowicza. Sięgnęłam po tę książkę, ponieważ czytaliśmy ją w Dyskusyjnym Klubie Książki. Byłam ciekawa swojej recepcji tego tekstu, bo już kiedyś (jakieś 8 lat temu) miałam okazję czytać „Ości". Niestety, tym razem lektura w ogóle mnie nie porwała, wręcz momentami mnie irytowała. Na DKK wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że wszystko tam jest rozjechane, wątki pojawiają się bez motywacji i się nagle gdzieś urywają, postaci są irytujące i sztuczne. No szkoda czasu!

Kolejną pozycją, zupełnie inną gatunkowo, była książka Debory Sianożęckiej „Jozjasz. Raport o stanie niewiary sprzed pandemii".  Tematyka duchowa traktująca o kondycji Kościoła Katolickiego. Nie będę się tu rozpisywać, bo przygotowałam notkę o książce Debory. Mocno mną potrząsnęła i wybiła mnie ze strefy komfortu.

Jako trzecią czytałam Margaret Atwood „Grace i Grace". Cóż to była za uczta literacka! Historia Grace oparta na faktach i literacko obrobiona przez Atwood wciąga od pierwszej strony. I nie dość, że trzyma w napięciu, to jeszcze ten język! Atwood pisze zmysłami, jej narracja jest bardzo sensualna. Czysta przyjemność.

Kolejne dwie książki są tej samej autorki - Jessie Burton. Czytałam „ Wyznanie" i „Muzę" i do obu tych tekstów mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony irytowały mnie główne bohaterki, z drugiej język Burton jest bardzo obrazowy. Nie rozumiem decyzji bohaterki „Wyznania", nie jest ona mi bliska światopoglądowo, natomiast bardzo polubiłam pannę Quick z „Muzy"- kobietę, która jest jak kameleon.  Czy polecam obie książki? Myślę, że tak, są wciągające, choć czasami przewidywalne, jednak mogą sprawiać przyjemność w lekturze.

Na koniec czytany przez cały miesiąc tomik poezji Czesława Miłosza „Druga przestrzeń", o którym pisałam w poprzednim poście.

A jak tam Wasze lektury styczniowe?

piątek, 29 stycznia 2021

Wyzwanie czytelnicze z Lubimyczytać.pl. Styczeń


 

 

W zeszłym roku podjęłam wyzwanie przeczytania 52 książek. I udało mi się przeczytać dwa razy więcej. W tym roku jednak nie stawiam sobie żadnej liczbowej poprzeczki. Znalazłam za to ciekawą propozycję na portalu Lubimyczytac.pl. Co miesiąc będę się dowiadywać jaką książkę mam przeczytać. W styczniu jedna z moich lektur powinna zawierać w tytule jakąś liczbę. A tak się akurat zdarzyło, że na początku tego roku coś mnie popchnęło w stronę poezji i odświeżyłam sobie tomik Czesława Miłosza Druga przestrzeń", który pierwszy raz czytałam dziewiętnaście lat temu!

Nie pamiętam jakie wrażenie zrobiła wtedy na mnie ta książka. Byłam na pierwszym roku studiów polonistycznych i chłonęłam wszystkie nowości jak gąbka. W 2002 roku fascynowały mnie różne systemy filozoficzne. Uważałam się też za osobę wierzącą. Chodziłam w niedzielę do kościoła. I to by było na tyle mojej relacji z Bogiem. Podejrzewam, że wtedy nie rozumiałam tego, o czym pisze Miłosz. Nic dziwnego, autor miał wtedy 91 lat i naturalną jest rzeczą, że patrzył już w wieczność. Jednak mistyczny klimat tego tomiku mocno mnie wówczas intrygował.

Dziś, czytając te wiersze, odczuwam dziwny niepokój i ucisk w klatce piersiowej oraz wzruszenie. Teraz w czasie pandemii pytania o sprawy ostateczne krążą gdzieś w powietrzu, a wizja Boga, jaką przedstawia Druga przestrzeń" jest mi bardzo bliska - I On, podzielny, dla każdego osobny,/ Przyjmuje w opłatku jego i ją do wnętrza, w ich własny płomień. Teologia w wierszach.

Druga przestrzeń" jest podzielona na pięć części. Pierwsza to zbiór luźnych wierszy, druga to poemat o księdzu Sewerynie, trzecia zawiera Traktat teologiczny", czwarta to poemat pt. Czeladnik", natomiast część piąta to zakończenie w formie wiersza pt. Metamorfozy".

Już w pierwszym utworze otwierającym tomik, Miłosz stawia fundamentalne pytanie:  Czy naprawdę zgubiliśmy wiarę w drugą przestrzeń? /I znikło, przepadło i Niebo i Piekło?/ Bez łąk pozaziemskich jak spotkać Zbawienie?/Gdzie znajdzie sobie siedzibę związek potępionych? W wierszu nie ma rozpaczy, jest może niedowierzanie, zdziwienie, bo jeśli nie ma tej drugiej przestrzeni, to co się z nami stanie? Poeta nawołuje do płaczu i lamentu i do powrotu wiary w to, że jednak Niebo i Piekło istnieje. Mocno mnie porusza ten liryk. Tym bardziej, że jest on uniwersalny i dziś również widać laicyzację i odstępowanie od podstawowych prawd wiary. Traktuję ten wiersz jako opis współczesnego człowieka, którego wzrok jest skierowany tylko na życie doczesne, nie ma w nim potrzeby przeżywania mistycznych uniesień, nie ma w nim pytań tak bardzo kiedyś istotnych: skąd jestem, dokąd zmierzam?

W kolejnych utworach podmiot liryczny ukazuje swoje wewnętrzne życie, stawia pytania o istnienie Boga, moralizuje -  Jeżeli Boga nie ma, / to nie wszystko człowiekowi wolno./ Jest stróżem brata swego/ i nie wolno mu brata swego zasmucać,/ opowiadając, że Boga nie ma.- obserwuje otaczającą go rzeczywistość, łapie chwile, rozgrzebuje swoją przeszłość. Te wiersze mają bardzo intymny i konfesyjny charakter. Jest to poezja pytań ostatecznych, trudna w swej tematyce, ale pisana językiem obrazowym i zrozumiałym. Podmiot liryczny wyznaje, że całe życie spędził na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: unde malum? I choć bohater wierszy ma ogromną wiedzę filozoficzną, jest to inteligent, czytający Swedenborga, zastanawiający się nad mistycznymi pismami Oskara Miłosza, czerpiący też nieco z Schopenchauera, to jednak ma świadomość tego, że Boga w słowa złapać nie można. Dlatego teologia, która posługuje się językiem często skostniałym nie jest w stanie wyjaśnić rozumowo dogmatów wiary katolickiej. Jedynie poezja może uchylić nieco drzwi do zajrzenia pod poszewkę drugiej przestrzeni.

Ta poezja jest stonowana, choć zdarzają się momenty humorystyczne, jednak widać tu człowieka stojącego już u progu śmierci, świadomego swojego życia i śmiertelności ciała, patrzącego z niejaką fascynacją na starzejący się organizm, oczy, które już dają rysunek nieostry.

 Mnie najbardziej wzruszają wiersze w formie modlitw oraz poemat o księdzu Sewerynie, w którym pokazane są rozterki kapłana, który okazuje się być zwykłym człowiekiem, mającym czasami wątpliwości.

Druga przestrzeń" to poezja, nad którą trzeba się zatrzymać. Czytałam ten tomik prawie cały miesiąc, a i jeszcze czasami do niego zajrzę, bo mocno we mnie rezonują pytania, które są w nim postawione.