Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

poniedziałek, 12 maja 2014

Rusza pracownia poetycka "Silesius"

Już w piątek 16 maja o godzinie 18:00 we wrocławskiej Mediatece będzie można spotkać Dariusza Foksa i Andrzeja Sosnowskiego - laureatów Nagrody Poetyckiej Silesius. Poetycki wieczór będzie inauguracją nowego projektu - pracowni poetyckiej "Silesius". Więcej o projekcie możecie przeczytać na stronie Nagrody.

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"



 



Autorka: Anna Fryczkowska
Tytuł: Z grubsza Wenus
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014



 

Baśka i Janina to kobiety, które dzieli prawie wszystko- wiek, doświadczenie życiowe, charakter, stosunek do świata i do siebie. Połączył je wspólny problem z nadwagą oraz pokój na wczasach odchudzających, na które się zapisały, każda z pozornie tego samego powodu.

Janina jest osobą pogodną, uwielbia jeść i nie przejmuje się swoją wagą. To kobieta wrażliwa i ciepła, lubiąca opiekować się innymi, radosna i znająca się na kuchni- taka stereotypowa grubaska.

Baśka to jej zupełne przeciwieństwo- sfrustrowana trzydziestolatka, nienawidząca swojego za dużego ciała, warcząca na wszystkich wokół, zamknięta w sobie opryskliwa damulka.

Fabuła książki nie jest zbyt dynamiczna, narracja toczy się spokojnym rytmem dyktowanym zajęciami kuracjuszek. Ale walka ze zbędnymi kilogramami to temat poboczny, na tle którego uwypuklają się inne problemy.

Fryczkowska w pozornie lekkiej powieści porusza istotne tematy dotyczące presji wywieranej przez społeczeństwo, by wyglądać szczupło i młodo bez względu na wiek. Pisarka ukazuje jak wychowanie wpływa na stosunek do cielesności. Baśka od dziecka była uczona, że ciało i związane z nim wszelakie procesy są czymś wstydliwym. Kobieta nie potrafi siebie zaakceptować, dla niej wygląd tożsamy jest z poczuciem własnej wartości.

Narracja prowadzona naprzemiennie z dwóch perspektyw odkrywa stopniowo historie każdej z bohaterek. Okazuje się, że łączy je dużo więcej niż tylko zbędne kilogramy. Każda z nich ma swoją historię, w której centrum stoją ich życiowi partnerzy, bo „Z grubsza Wenus" to opowieść również o facetach, którzy nie radzą sobie z sobą i przekładają swoje niepowodzenia na partnerki.

Nawet sobie nie wyobrażacie jak mnie na początku wkurzał mąż Janiny. Zamiast ją wspierać w walce z nadwagą, to ją jeszcze dobijał. I jak tu się odchudzać skoro ciągle słyszy się docinki? Miałam ochotę go zamordować. A to dobrze świadczy o autorce, bowiem stworzyła postacie wiarygodne, choć główne bohaterki mogą wydawać się stereotypowe.

Powieść Fryczkowskiej niewątpliwie należy umieścić na półce ze znakiem literatury kobiecej, ale nie tej „kuchennej", gdzie to się podczytuje kilka stron między gotowaniem ziemniaków, a praniem, bo wtedy nie ma czasu na zbytnie angażowanie szarych komórek. „Z grubsza Wenus" to książka, która w bezceremonialny sposób mówi o trudnej akceptacji własnych słabości, o samotności w związku i potrzebie miłości, o chorobie i śmierci, ale również o tym, że należy zacisnąć pasa i odnaleźć w sobie pasje, które sprawią, że świat zacznie nabierać kolorów.

Nie jest to typowe babskie czytadło, tylko napisana z dowcipem obyczajowa powieść z elementami romansu (no przecież na wczasach musi być wątek romansowy).  Nie tylko dla kobiet z nadwagą.

niedziela, 11 maja 2014

Książki z dzieciństwa


Rozmowy Ewy Świerżewskiej i Jarosława Mikołajewskiego, o których piszę poniżej, uruchomiły w mojej głowie pstryczek ze wspomnieniami.

Podobno nauczyłam się czytać dość wcześnie, bo w wieku 4 lat, a to wszystko dzięki mojej Buni. To ona dbała o moją edukację. Dziadzio natomiast przychodził do mnie i do mojego brata wieczorami i opowiadał bajki, których słuchaliśmy z wypiekami. Bardzo to lubiłam, gdy przy zgaszonym świetle, kładł się z nami do łóżka i snuł niesamowite opowieści.

Później już sami z bratem wymyślaliśmy różne historyjki. Jedną z nich pamiętam do dziś. Mój brat wymyślił sobie przyjaciół- ogromne futrzaste potwory, które mieszkały za blokiem znajdującym się powyżej naszego budynku. Stwory toczyły sobie zwyczajne życie, miały swoje pasje. Był wśród nich Kucharz, Wyścigowiec - tych najlepiej pamiętam.

Nie pamiętam jednak jaką książkę przeczytałam w całości samodzielnie, ale za to przypominam sobie, że czytałam mojemu kuzynowi, „Alibabę i 40 rozbójników".

Z tą książką wiąże się pewna historia. Mój kuzyn w zamian za to, że mu czytałam o skarbach miał mnie drapać po plecach. Niestety, jakoś niefortunne to robił i w niekontrolowanym odruchu ma dolna kończyna wylądowała z dużym impetem na jego policzku, co w efekcie skończyło się utratą zęba. Jak widać, czytanie może być niebezpieczne, gdy się odbywa w nieodpowiednich warunkach.

Wracając do książek, pierwszą, która mi utkwiła w pamięci była wypożyczona ze szkolnej biblioteki „Czarna owieczka" Jana Grabowskiego, a później pojawiły się kolejne lektury obowiązujące w Szkole Podstawowej.

Najbardziej wzruszyła mnie wtedy historia psa, który jeździł koleją - do tej pory na samą myśl łza się w oku kręci z żalu za tym biednym czworonogiem.
 
Płakałam również przy „ Chłopcach z Placu Broni".

Do wielu książek docierałam sama, w domu wszakże była klasyka - pięknie wydany Prus, Sienkiewicz, ale nie należałam do tych dzieci, które by chętnie sięgały po takie tomiszcza. Czasami Mamcik mi coś podrzuciła - w ten sposób poznałam „Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej.
Były oczywiście również komiksy- nieśmiertelny „Tytus, Romek i A'tomek", „Przygody Koziołka Matołka" i ....no śmiejcie się, śmiejcie - komiksy z Kaczorem Donaldem - uwielbiałam je, całe kieszonkowe na nie szło :).
 
Mama podsuwała mi również książki z rymowanymi wierszykami. „Ene Due Rabe" to był hicior, bo zawierał wyliczanki, którymi można było zabłysnąć na podwórku.
 

A dzieciństwo bez Tuwima, Brzechwy i Fredry czymże by było? „Lokomotywa", „Kaczka dziwaczka", „Ptasie radio", „Rzepka", „Małpa w kąpieli" (to na konkurs recytatorski wkuwałam na pamięć), „Leń" i tysiące innych, które do tej pory potrafię wyrecytować.


A na koniec „Dzieci z Bullerbyn" - to dopiero była przygoda czytelnicza!

A jak tam u Was z dziecięcymi lekturami? Pamiętacie, macie swoje ukochane, do których lubicie wracać?

piątek, 9 maja 2014

"Co czytali sobie, kiedy byli mali? Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski"



 


Tytuł: Co czytali sobie, kiedy byli mali? Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski
Wydawnictwo: Agora S.A.
Rok wydania: 2014





Chodź, opowiem ci bajeczkę

Ciągle słyszymy, że Polacy nie czytają dzieciom, stąd mnóstwo akcji, spotów reklamowych zachęcających do wspólnej lektury. Problem jednak nie leży w tym, że rodzice są zabiegani i nie mają czasu na czytanie swoim pociechom, rynek książki dziecięcej jest tak przepełniony, że często nie wiemy po co sięgnąć. Kiedyś było inaczej, a przynajmniej ten wybór nie był tak ogromny.
Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski postanowili wypytać zatem znane osoby o ich pierwsze czytelnicze wspomnienia.

„Co czytali sobie, kiedy byli mali?" to zbiór 24 wywiadów. Dobór rozmówców jest dość specyficzny i nie ma jakiegoś jednego klucza. Wśród bohaterów są dziennikarze, aktorzy, muzycy, tekściarze, naukowcy, podróżnicy, sportowcy. Poznacie zatem dziecięce lektury m. in. Ireny Eris, Wandy Chotomskiej, Michała Rusinka, Kazika Staszewskiego, Roberta Korzeniowskiego, Pawła Mykietyna czy Agi Zaryan.  Takie zestawienie rozmówców, których różnią wiek, doświadczenia życiowe, zainteresowania, płeć, środowisko, w którym się wychowywali jest ciekawym eksperymentem, możemy bowiem obserwować, w jaki sposób te czynniki wpływały na dobór lektur.

Ale z tych wywiadów dowiemy się nie tylko, jakie tytuły zapadły w pamięć wypytywanych. Świerżewska i Mikołajewski pozwalają na krótkie dygresje i tak oto przeczytamy, że u Michała Rusinka książki były pomocne przy produkcji piszingera, w innych domach służyły jako podpórki pod różne rzeczy, wiążą się również z nimi dowcipne anegdotki.

Być może dla niektórych z nas książka „Co czytali sobie, kiedy byli mali?" będzie swoistym przewodnikiem po dziecięcej i młodzieżowej prozie, dla mnie to była podróż po własnych wspomnieniach z czasów dzieciństwa. Nie byłam zdziwiona faktem, że wiele moich lektur pokrywa się z tym, co czytali bohaterowie wywiadów. Można by na tej podstawie stworzyć kanon lektur z dzieciństwa, w którym prym będzie wiódł Jan Brzechwa, Julian Tuwim, Astrid Lindgren i wielu innych. Wszyscy bowiem czytaliśmy „Lokomotywę" , ale i „Kubusia Puchatka", choć niektórzy z rozmówców pamiętają ambitniejsze lektury. Zaskoczyło mnie, że w dzieciństwie wielu z zaproszonych do dyskusji gości sięgało po encyklopedię, a w wieku dziesięciu lat mieli już za sobą całą „Trylogię" Sienkiewicza i „Pana Tadeusza". I jak wszyscy zachwycają się ilustracjami Szancera, z nostalgią wspominają ulubione postaci Koziołka Matołka, Tytusa, Romka i A' Tomka, Tomka Wilmowskiego, o tyle już zdania na temat książki Amicisa pt. „Serce" są mocno podzielone.

W tych wywiadach często pojawia się pytanie o kształtowanie wyobraźni i o wpływ dziecięcych książek na osobowość, o dostępność, o pierwszych czytaczy, sposobach zdobywania kultowych lektur. Do tego należy dodać, że wydane rozmowy mają bardzo bogatą i kolorową szatę graficzną. To książka, która jest małym arcydziełem sztuki wydawniczej. Znajdziemy w niej zdjęcia rozmówców z czasów dzieciństwa, różne pomysłowo wplecione w rozmowę grafiki, zdjęcia okładek wspominanych książek , więc nie tylko mamy okazję poczytać, ale również i oko ucieszyć.

poniedziałek, 5 maja 2014

Yasmin Alibhai - Brown "Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu"



 


Autorka: Yasmin Alibhai - Brown
Tytuł: Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu
Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Dolce Vita
Rok wydania: 2014




Pamiętam, że nie pasowałam do świata i zawsze miałam problem z krajem, w którym się urodziłam. Czy była to Afryka? Dodatkowy kawałek Indii? Albo Mała Anglia, tyle że słoneczna?
[Yasmin Alibhai - Brown, Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu.]

Yasmin Alibhai - Brown jest brytyjską dziennikarką urodzoną w Ugandzie.  Współpracowała m. in. z „New Statesman", „The Guardian", „The New York Times",  „The Observer" i za swą działalność została wyróżniona w 2004 roku nagrodą EMMA.

Alibhai - Brown zajmuje się głównie tematyką związaną z prawami imigrantów oraz z problemami wielokulturowości. „Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu" to swoista autobiografia, w której autorka podjęła się próby ocalenia od zapomnienia historii swojej rodziny: Nasze drzewo genealogiczne jest karłowate i prawie całkiem nagie. Jego korzenie nie sięgają dość głęboko, by mogło zrodzić bogaty plon, a więc historie przodków i ciekawych krewnych (...) Ludzkie pragnienie, by odtworzyć długą biologiczną linię krwi, jest bardzo silne. Ale akurat nasza przeszłość została unicestwiona przez niedbały los z impetem rzucający moją rodzinę po morzach , coraz dalej, ku nowym początkom -  wspomina w prologu.

Brak korzeni, problem tożsamości, rasizm i ksenofobia, to wątki, które jak lejtmotywy powracają w opowieści brytyjskiej dziennikarki. Często pada bowiem pytanie: kim jestem, skąd się wywodzę? Różni bigoci często każą mi spieprzać tam, skąd przyjechałam. Czyli dokąd właściwie? Do Kampali, gdzie się urodziłam? Czy do Karaczi, skąd pochodził mój ojciec, ale skąd jako siedemnastolatek wyjechał na zawsze do ukochanej Anglii? A może do Porbandaru w prowincji Gudźarat w Indiach, skąd zabrano mojego dziadka ze ztrony matki, gdy był małym chłopcem. Albo do Dar es Salaam w ówczesnej Tanganice, bo tam się urodziła i wychowała moja matka?

Wielokulturowość może być atutem, ale często spotyka się z nietolerancyjnymi zachowaniami. Alibhai - Brown z goryczą opisuje rasistowskie docinki, na które była narażona w Londynie, pisze o nieodwzajemnionej miłości do Anglii, opisuje swoje prywatne życie, studia, małżeńskie perypetie. Poznajemy kobietę z silną osobowością, choć mam wrażenie, że są w niej nieograniczone pokłady żalu. Alibhai - Brown jawi się jako osoba, która mimo wszystko potrafi się znaleźć w każdej sytuacji, a swoją wielokulturowość oraz wielowyznaniowość potrafi dostosować do sytuacji w jakiej się znalazła. To kobieta wielu masek, ale doświadczona przez los.

Dzieje rodziny Alibhai są ściśle połączone z wątkami politycznymi. Autorka daje czytelnikowi szeroko zakreśloną na przestrzeni całego XX wieku panoramę losów wschodnioafrykańskich Azjatów. Brytyjska dziennikarka po kolei przedstawia dążenia do uzyskania niepodległości przez Ugandę, opisuje krwawe rządy Amina, wspomina o przymusowej emigracji swojej rodziny, wypowiada się na temat rządów Margaret Thatcher, daje upust swoim lewicowym poglądom oraz pisze o rozczarowaniach związanych z angielskimi feministycznymi organizacjami.

Wiele tu wątków, wiele polityki, zawirowań dziejowych, historii traumatycznych, żalu, rozczarowań. Ale w tę całą niemalże martyrologiczną opowieść wplecione zostały kulinarne perełki. W każdym rozdziale znajdziemy kilka przepisów z kuchni indyjskiej, azjatyckiej i angielskiej. Autorka wykazuje smykałką do gotowania, a opisanych dań jest tak wiele, że można by z nich stworzyć całkiem przyzwoitą książkę kucharską.






niedziela, 4 maja 2014

Oskarowa wycieczka

Oskar przeżył traumę. Gupek jeden wylazł na korytarz, czego nie zauważyłam i zamknęłam drzwi. Słyszę, że miauczy i miauczy, ale nigdzie go nie widzę. Ale miauczy, to gdzieś jest. Ale gdzie? Do miauczenia doszło drapanie...w drzwi wejściowe...Ech. Otworzyłam, a za drzwiami znalazłam wystraszonego Oskara w formie najeżonej kulki. Myślę, że odechce mu się wycieczek... A tymczasem znalazł sobie bezpieczne miejsce na łóżku i teraz próbuje dojść do siebie.




sobota, 3 maja 2014

Omlet z kiełkami



Jan Brzechwa „Jajko"

Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.
Kura wyłazi ze skóry,
Prosi, błaga, namawia: „Bądź głupsze!"
Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?

Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,
A ono powiada, że jest kacze.

Kura prosi serdecznie i szczerze:
„Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże."
A ono właśnie się trzęsie
I mówi, że jest gęsie.

Kura do niego zwraca się z nauką,
Że jajka łatwo się tłuką,
A ono powiada, że to bajka,
Bo w wapnie trzyma się jajka.

Kura czule namawia: „Chodź, to cię wysiedzę."
A ono ucieka za miedzę,
Kładzie się na grządkę pustą
I oświadcza, że będzie kapustą.

Kura powiada: „Nie chodź na ulicę,
Bo zrobią z ciebie jajecznicę."
A jajko na to najbezczelniej:
„Na ulicy nie ma patelni."

Kura mówi: „Ostrożnie! To gorąca woda!"
A jajko na to: „Zimna woda! Szkoda!"
Wskoczyło do ukropu z miną bardzo hardą
I ugotowało się na twardo.

Tak to jest, gdy jajko próbuje być mądrzejsze od kury, moje wylądowało na patelni i proszę jak ładnie się prezentuje.

Co potrzebujemy:
2 jajka
1 łyżka naturalnego serka homogenizowanego
1 łyżka drobnych otrąb owsianych
ulubione kiełki (u mnie rzodkiewki)
szczypiorek
sól, pieprz

Sposób przygotowania:
Jajka dobrze rozbełtać z serkiem i otrębami, doprawić solą i pieprzem.
Wylać ciasto na dobrze rozgrzaną patelnię, posypać szczypiorkiem i kiełkami.
Przyrumienić z obu stron i wcinać na śniadanko :).