Odkąd postawili we
Wrocławiu Strefę Kibica, moja noga (ni ręka, ni głowa, ni też żaden inny
członek mego ciała) nie przekroczyła jej progów. Ani na mecze mnie nie
ciągnęło, ani na imprezy towarzyszące. Ale wczoraj...Wczoraj to ja tam jak na
skrzydłach leciałam. Bo Marylka była. Jak ja czekałam na ten koncert! No
śmiejcie, sie śmiejcie, cóż zrobicie- uwielbiam Marylę Rodowicz! Co za kobita!
Ile ona ma w sobie energii, a należy jeszcze do tego dodać niesamowitą pogodę
ducha. Marylka oderwała mnie od codzienności. Zagrała same hiciory.
- „Co chcecie, żebym zagrała? Małgośka? Ok. Będzie. Co jeszcze? Kolorowe jarmarki? Ok. Nie ma sprawy. Co jeszcze? A znacie taką
piosenkę- Sing Sing? No to
jeeedziemy!"
No i pojechali my.
Ale nie byle jakim pociągiem, choć coś tam też o tym śpiewała :). I nawet na
scenę ściągnęła sobie chłopaka z publiczności, który szalał, tańczył, klękał
przed Marylką, fałszował....yyyy znaczy się- śpiewał :). A później dołączyła do
niego jeszcze para wyciągnięta z tłumu spod barierek i wszyscy odtańczyli dziki
taniec w rytm „Dziś prawdziwych cyganów już nie ma".
Ech, co tam się działo! I na koniec uściski, buziaki i jedziemy dalej!
Jak ja się
wykrzyczałam, wyśpiewałam, wywzruszałam! (wiem, za dużo wykrzykników, ale mi
tak w duszy z radości krzyczy). I było życie, które jest balem i do tego
jeszcze śpiewaliśmy, że choć nam w papierach lat przybyło to przecież wciąż
jesteśmy tacy sami. „Wielka woda", „Szparka
sekretarka" i dopingowa piosenka
dla naszych Orłów.
Zdarłam gardło, duszę w niebiosa
wypuściłam i jestem totalnie wyluzowana.
Potrzebowałam takiego koncertu. Od
ponad tygodnia nie mogę się odprężyć. Nie potrafię odpocząć, bo ciągle myślę o
tym, co mam do załatwienia w pracy. Można się wykończyć psychicznie. Do tego
firma ma problemy i dziś to już szefostwo chyba lekko przesadziło, każąc pisać
oświadczenie, ze skoro mamy w pokoju radio, to będziemy opłacać abonament...Ale
ciii, ciii, przepadnijcie złe myśli, wróćmy do wczorajszego wieczoru.
Na moment zapomniałam o wszystkim. Naprawdę.
Zostałam zabrana do zupełnie innej rzeczywistości. Ech. Dziękuję. Tego mi było
trzeba. A za dwa tygodnie Hurt w Lubawce i na koniec lipca moje marzenie- Red
Hot Chili Peppers.



