Pomysł i opracowanie: Christine de Beaupré et Béatrice Valentin
Przekład : Magdalena Talar
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Wyobrażacie sobie Mikołajka w kuchni? Ja sobie wyobrażam, ale domyślam
się również jak taka kuchnia po Mikołajkowym pichceniu by wyglądała.
Skojarzenie z poligonem jest tu chyba najbardziej odpowiednie.
Mikołajek to jednak zuch- chłopak i żadnego wyzwania się nie boi i,
możecie wierzyć lub nie, właśnie wydał swoją książkę kucharską! No bo co w
końcu kurczę blade!
Jest to książka z przepisami różnorakimi, podzielona na odpowiednie
rozdziały. Znajdziemy tu więc sposoby na bardzo pyszne przekąski (polecam
szczególnie szalone szaszłyki!), niesamowicie smaczne dania, fantastyczne
desery, śmieszne pomysły na piknik oraz na niesamowite smakołyki.
Każdy przepis opatrzony jest bardzo istotnymi informacjami:
- o ilości kolegów, którzy będą w stanie skonsumować przygotowane
według proponowanych proporcji danie,
- składniki spożywcze potrzebne do gotowania tudzież smażenia,
- naczynia, które będą potrzebne do przygotowania potrawy,
- małe rady i uwagi oraz ostrzeżenia,
Jeżeli pichcimy z Mikołajkiem możemy też zapisać własne sugestie, na
które nasz mały bohater przygotował nam miejsce przy każdym daniu. A na końcu
możemy uzupełnić książkę o nasze propozycje kulinarne.
Książka jest ilustrowana i okraszona cytatami z przygód francuskiego
chłopca i jego przyjaciół, przepisy nie są trudne, a i składniki można dostać w
każdym osiedlowym sklepie.
Ciekawe, który rozdział najbardziej przypadłby Wam do gustu? Ja nie
ukrywam, że jestem łakomczuchem i w pierwszym odruchu sięgnęłam na strony z
deserami. Mmmm, ślinka cieknie, zwłaszcza na ciasteczkowe lody, bo „Strasznie
śmiesznie robi się te lody: używasz motka do rozbijania ciastek!”, a porcja
wystarczy dla sześciu kolegów!
W Teatrze Polskim we Wrocławiu odbywają się tzw. Czynne Poniedziałki. W
ramach tego projektu, w każdy poniedziałek (no przecież, że nie w czwartek ;))
organizowane są różne imprezy:
- czytania, na których aktorzy czytają fragmenty dramatów. Czytania są
reżyserowane i posiadają elementy spektaklu teatralnego,
- wystawy,
-projekcje filmów,
-koncerty
i Magiel Sztuk. Jeszcze niedawno Magiel Sztuk był jedynie Maglem
Literackim, ale od jakiegoś czasu został poszerzony o inne dziedziny sztuki.
Raz w miesiącu, prowadzący spotkania profesor Stanisław Bereś,
zapraszał na scenę teatru pisarza lub pisarkę i maglował ich bezlitośnie.
Jeżeli nie znacie profesora Beresia, to tylko wspomnę, że prowadzi on Telewizyjne
Wiadomości Literackie, wydał świetne książki z wywiadami z pisarzami, jest to
człowiek, który rewelacyjnie prowadzi rozmowy, zawsze próbuje drążyć , jątrzyć,
wciskać nosa pod poszewkę, nie waha się stawiać kontrowersyjnych pytań, a co najważniejsze-
słucha swoich rozmówców, nie czyta pytań z kartki, tylko daje się nieść
rozmowie. Zawsze jest świetnie przygotowany, ma powypisywane co pikantniejsze
fragmenty książek czy też wypowiedzi autora, z którym prowadzi spotkanie.
Wieczory autorskie prowadzone przez profesora Beresia to prawdziwa uczta
intelektualna.
Niestety, Magiel Literacki jest teraz rzadko, ponieważ literatura
musiała też ustąpić miejsca innym sztukom. Raz na kilka tygodni jednak profesor
Bereś zasiada na scenie Teatru Polskiego, by uruchomić swój maglowy warsztat. A
dziś maglowaną była Magdalena Grzebałkowska autorka książki „Ksiądz paradoks.
Biografia Jana Twardowskiego”.
Cóż to był za burzliwy wieczór- spotkanie dwóch osobowości- wybitnego
literaturoznawcy i wybitnej reporterki, która nie dała się zapędzić w kozi róg. A zaczęło się od pytania o
recepcję książki Magdy w środowisku duchownych. Kardynał Nycz nie chciał się na
ten temat wypowiedzieć, ale autorka biografii uważa, że książka mu się podobała
tylko nie może o tym głośno powiedzieć. Ogólnie biografia „księdza od biedronek”
została przyjęta ciepło, ale jeszcze zbyt mało czasu minęło od premiery
(22.09.), by cokolwiek więcej powiedzieć.
Profesor nie byłby sobą, gdyby nie zaczął wypytywać o rzeczy, o które
by nikt inny nie spytał. „Ksiądz Twardowski był kłamcą, dezinformował ludzi.” i
zaraz cytacik na podparcie swej tezy. A co z tymi kobietami? Ksiądz? Zakochany?
„ A pan profesor to nie kocha kobiet? Jak sobie to pan wyobraża? Przecież
Twardowski późno został księdzem, wcześniej kochał się w dziewczynach i teraz
nagle miał przestać? Powiedzieć- od dziś Panie Boże będę inny? Ja wiem, że on
był zakochany w tych kobietach, ale stawiał sobie granice i wierzę w to, że ich
nie przekraczał. Ale robił je też w konia, może nieświadomie.”
Oczywiście, te wszystkie pytania to były prowokacje, by rozwiązać usta reporterce,
nakręcić dyskusję, ale to było niepotrzebne, bo Magda jest osobą niesamowicie
otwartą i rozgadaną. Z przyjemnością przytaczała anegdotki ze swej pracy nad
biografią i cały czas podkreślała, że w jej odczuciu stworzyła książkę, w
której przedstawiła księdza Twardowskiego jako człowieka z krwi i kości: „Odwinęłam
go z tego złotego papierka i pokazałam, że to był fajny, normalny chłop.
Wkurzała mnie ta jego kokieteria, gdy udawał wielce zdziwionego, że ktokolwiek
w ogóle czyta jego wiersze (tutaj Magda świetnie udawała chrypliwy głos
księdza), a przecież wiedział, że drukuje się je w milionach egzemplarzy! No i
ten okropny tupecik. Ale był to człowiek o ogromnym sercu, mało ludzi wie, że
opiekował się kilkoma rodzinami, nikt nie wie, kim byli ci ludzie, nie dotarłam
do nich”.
Magda nie znała wcześniej Twardowskiego, dostała propozycje od
Wydawnictwa Znak, by napisać tę biografię i od tego zaczęła się jej przygoda z
człowiekiem pełnym paradoksów. Polubiła go, choć wkurzały ją pewne jego cechy
(ach, ta jego drażniąca kokieteria). Dowiedziała się, że w IPN-ie jest teczka
księdza. Rok czekała nim ją mogła przejrzeć. Przez ten rok zdążyła już się
przywiązać do swojego bohatera i bała sie, że teraz ten cały jej uroczy obraz
upadnie, bo się okaże, że Twardowski był kolaborantem, donosił i Bóg sam
jeszcze jeden wie co. Zaczęła czytać i kamień spadł jej z serca, choć nie
potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego ksiądz mówił ubekowi źle o Solidarności,
skoro też przyjaźnił się z opozycjonistami. „No to jak to, biografka nie wie?”-
uaktywnił się profesor Bereś. „A czy ja wyglądam na Ducha Świętego? Czy ja
potrafię siedzieć w człowieku? No nie!”- zripostowała autorka.
To był fascynujący wieczór. Konfrontacja dwóch żywiołów, dowcipna,
podszyta lekką ironią rozmowa. Magdalena Grzebałkowska okazała się osobą
niezwykle sympatyczną i wyluzowaną (kto inny by powiedział o księdzu
Twardowskim, że był ziomalem?), nie dała się zmaglować profesorowi Beresiowi. Co
tu dużo mówić- fajna z niej babka- konkretna, wygadana i świadoma swojej
wartości i piszę to bez zbędnej kokieterii.
Dzięki uprzejmości Pani Izabeli Zalewskiej po raz szósty miałam okazję
uczestniczyć w uroczystej gali wręczenia Literackiej Nagrody Europy Środkowej
„Angelus”. Nie wiem jak jest podczas
wręczania innych nagród literackich, nie mam pojęcia jak wygląda ceremonia
wręczenia Nike, czy to, co transmituje telewizja to cała gala, czy tylko
wybrane i zmontowane fragmenty, ale jeżeli cała uroczystość to śmiem rzec, że
stolica się nie popisała.
Gala „Angelusa” to jest zawsze niesamowite widowisko artystyczne. W tym
roku organizatorzy również nie zawiedli. Uroczystość była podzielona na dwie
części- artystyczną i oficjalną. W części artystycznej aktorzy z wrocławskich
teatrów (Justyna Antoniak, Agnieszka Bogdan, Monika Dawidziuk, Małgorzata
Fijałkowska, Jolanta Góralczyk, Anna Kramarczyk, Agnieszka Oryńska – Lesicka,
Teresa Sawicka, Justyna Szafran, Emose Uhunmwangho, Cezary Studniak) w krótkich
scenkach teatralnych prezentowali fragmenty książek, które dostały sie do
finału. Oprawę muzyczną zapewnił zespół Karbido w składzie: Igor Gawlikowski,
Marek Otwinowski, Tomasz Sikora i Marcin Witkowski. Scenariuszem i reżyserią
koncertu galowego był Tomasz Man. A skoro już tak wszystkich wymieniam to wspomnę
jeszcze, że za scenografię i kostiumy odpowiadała Anetta Piekarska-Man,
natomiast rewelacyjną choreografię ułożył Maćko Prusak. Ale może już dość tego
literkowania na klawiaturze- sami popatrzcie jak to wyglądało. Na początek filmik, inscenizacja fragmentu powieści Marii Matios "Słodka Darusia".
Natalka Babina "Miasto ryb"
Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Jenny Erpenbeck "Klucz do ogrodu"
Ismail Kadare "Ślepy Ferman"
Drago Jancar " Katarina, paw i jezuita"
Po wrażeniach artystycznych przyszedł czas na oficjalną część gali. Na
scenę wkroczył Robert Gonera, który w krótkich słowach przywitał wszystkich
gości i publiczność, przedstawił jury (przewodnicząca- Natalia Gorbaniewska,
prof. Andrzej Zawada, prof. Stanisław Bereś, Tomasz Łubieński, Krzysztof
Masłoń, Justyna Sobolewska, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Mirosław
Spychalski, Piotr Kępiński) oraz przeczytał krótkie wypowiedzi autorów na temat
nominowanych książek.
Robert Gonera
Po części powitalno- prezentacyjnej na scenę został
zaproszony prof. Andrzej Zawada, który w kilku słowach (no może w
kilkudziesięciu zdaniach...) opowiedział o nagrodzie i obradach jury . Profesor
zwrócił uwagę, że w finale zazwyczaj znajdują się dwa gatunki prozy- tak ,która
żywi się czystą fikcją literacką oraz druga, która wykorzystuje fakty. Reportaż
literacki i proza artystyczna, dwa gatunki, które walczą o uwagę czytelnika.
Prof. Zawada trafnie zauważył, ze tegoroczna edycja Nagrody odkryła literaturę
białoruską w finale znalazły się bowiem
aż dwie książki z tego kraju.
Prof. Andrzej Zawada
Ale na książki trzeba spoglądać globalnie: „Są książki piękne i te,
które musiały być napisane. Te które musiały być napisanie mają jednak czasami
swoją urodę”(prof. Andrzej Zawada). Książka, która zdobyła tegorocznego
„Angelusa” do takich książek należy.
W tym roku statuetkę autorstwa Ewy Rossano oraz czek na 150 tys. zł z rąk prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza odebrała Swietłana
Aleksijewicz za książkę „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Od 2008 roku przyznawana jest również nagroda
dla tłumacza zwycięskiej książki i w tym roku czek na 20 tys. zł powędrował do
Jerzego Czecha.
Natalia Gorbaniewska, Rafał Dutkiewicz, prof. Andrzej Zawada
Natalia Gorbaniewska, Swietłana Aleksijewicz
Przyznam szczerze, że się nie spodziewałam takiego werdyktu. Nie miałam
okazji przeczytać książki Aleksijewicz, ale czytałam wiele dobrych recenzji, a
do tego sam fakt przyznania pisarce innej prestiżowej nagrody ( Nagroda im.
Ryszarda Kapuścińskiego) juz bardzo mnie do tej prozy przekonuje.
Ale to nie koniec emocji. Po uściskach, gratulacjach i podziękowaniach
prezydent Wrocławia poprosił wszystkich o powstanie i odśpiewanie „Sto lat” dla
Natalii Gorbaniewskiej, która w tym roku skończyła 75 lat. Pan Rafał Dutkiewicz
klęknął przed poetką i odznaczył ją Orderem Wrocławia (tak mi się wydaję, że
właśnie tak się to odznaczenie nazywa, ale nie dam sobie za to głowy uciąć, bo
byłam tak wzruszona, że mogę teraz coś poprzekręcać, więc proszę o wybaczenie).
Pani Natalia Gorbaniewska jest rosyjską poetką, która bardzo zasłużyła się
literaturze polskiej, przekładając ją na język rosyjski. Za swoją pracę została
wyróżniona Nagrodą PEN – Clubu. To postać niesamowita, kobieta, która była
współorganizatorką demonstracji przeciw wejściu armii Układu Warszawskiego do
Czechosłowacji. Została aresztowana i uznana za psychicznie chorą. Dwa lata
spędziła w zakładzie psychiatrycznym, a później została wygnana z kraju.
Zamieszkała w Paryżu, a od roku 2005 posiada obywatelstwo polskie. Pani Natalia
jest niesamowicie skromną osobą- takie przynajmniej mam wrażenie, gdy co roku
widzę ją na gali. Scena nie jest jej żywiołem, widać, że czuje się nieco
zagubiona, ale to tylko dodaje jej uroku.
Cóż mogę rzec na koniec? Jak co roku organizatorzy stanęli na wysokości
zadania. Świetny spektakl, świetna muzyka, świetni aktorzy i świetni autorzy.
Wszyscy nominowani autorzy i tłumacze
A mi jeszcze na koniec udało się zdobyć autograf laureatki.
Wczorajszego dnia na Promocjach zaszyłam się w Salonie Angelusa, bo tam
odbywały się najbardziej interesujące mnie spotkania. Jedną nogą tylko
skoczyłam po autograf Filipa Springera
i szybciutko powróciłam do BWA Awangarda
(tu się odbywają spotkania autorskie, stoiska są w innym miejscu- w Muzeum
Architektury), by wziąć udział w promocji książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj
narysujemy śmierć”. Czekałam na to spotkanie z niecierpliwością. Pamiętam jak
kilka lat temu autora gościł prof. Stanisław Bereś- ach co to było za
spotkanie! Konfrontacja dwóch osobowości, trafne i niewygodne pytania,
zaskakujące riposty- po takich wieczorach człowiek zaczyna wierzyć, że jednak
jeszcze istnieje jakaś kultura dyskusji w tym kraju. Ale do rzeczy, bo w
dygresyje popadam. Wczorajsze popołudnie z reporterem poprowadziła Magda
Piekarska- dziennikarka Gazety Wyborczej.
Spotkania w Salonie Angelusa
charakteryzują się tym, że rozmowa oscyluje wokół nominowanej książki. „Dzisiaj
narysujemy śmierć” Tochmana nie jest lekturą przyjemną, opowiada o ludobójstwie
w Ruandzie, więc i wątek przewodni rozmowy nie należał do lekkich. Co mnie
uderzyło w wypowiedziach Pan Wojciecha? Czytałam wiele wywiadów z nim i
pamiętam jedną wypowiedź. Na pytanie dlaczego w jego książkach jest tyle zła,
dlaczego podejmuje się takich trudnych tematów odpowiedział, że czuje misję, by
otworzyć ludziom oczy, by po jego książkach odchodził czytelnikowi apetyt na
cokolwiek. Zapytany przez Magdę Piekarską dlaczego podjął się takiego tematu i
jak się pisze takie książki odpowiedział, że zmienił teraz nastawienie. Nie ma
poczucia misji, nie chce wszystkich nawracać, uwrażliwiać – każdy pa prawo do
tego, by przełączyć kanał w telewizji, gdy widzi masakrę. Autor zrozumiał, że
nie każdy musi się przejmować tym, co się dzieje na świecie. Tochman opowiadał
również o tym, że podczas pracy nad „Dzisiaj narysujemy śmierć” zaskoczyło go
to, że bardziej wstrząsnęły nim rozmowy z oprawcami niż z gwałconymi kobietami.
Te rozmowy z oprawcami były trudniejsze, i ku zdziwieniu samego reportera,
bardziej go pocharatały. Gdy słyszał opowieść jak Hutu maczugą zaszlachtował
całą rodzinę, to emocjonalnie czuł, że nie wytrzyma. Ja sama słuchając tych opowieści siedziałam
cala spięta. tym bardziej, że Tochman jeszcze bardzo uważnie dobierał słowa,
wypowiadał się powoli, z zastanowieniem, co mnie jeszcze bardziej wbijało w
krzesełko. Ale były też lżejsze nieco akcenty. Wojciech Tochman odsłonił rąbka
tajemnicy swojego warsztatu. Pisząc książkę codziennie czyta ją od początku-
wyobrażacie sobie? Tak dzień w dzień, jak już pisze np. dwusetną stronę, to
rano sobie zasiada do biureczka i od pierwszej strony czyta to co napisał do
momentu, w którym skończył. Stąd wniose, że pierwsze fragmenty są zawsze
najbardziej wypieszczone, natomiast ostatnie nieco mniej. O nowym projekcie
autor nie chciał się wypowiadać, choć od kilku lat już słyszę, że jeździ do
Kambodży, by tam badać sytuację Kmerów.
A po spotkaniu z Tochmanem, szybkie przewietrzenie sali i za stołem
autorskim zasiedli- Natalia Babina, autorka „Miasta ryb”, tłumaczka i
prowadzący spotkanie Jacek Antczak.
Od razu, bez bicia się przyznam, że nie
czytałam „Miasta ryb”, ale po fragmentach powieści przeczytanych przez
prowadzącego w te pędy udałam się do wydawcy i książkę nabyłam (Rebis o dychę
obniżył cenę :), ale i tak już miałam nic nie kupować- Jacku, Jacku, musiałeś
takie smakowite fragmenty przeczytać?).
No i padłam. Autorka okazała się
niesamowicie fajną babką. Uśmiechnięta, skromna, i bardzo otwarta. Biegam po
spotkaniach autorskich od dziewięciu lat, wiele już widziałam, ale Pani Natalka
mnie mile zaskoczyła, ale najpierw mała dygresja. Jacek Antczak, rozpoczynając
spotkanie opowiedział, że pewien wrocławski profesor, na wieść o tym, że Jacek
będzie prowadziła spotkanie z białoruską pisarką zdziwił się: „To są
białoruscy pisarze?”. Ano są, ja widać i
piszą podobno dobre powieści (niebawem to sprawdzę). Ale jest różnica między
polskim, a białoruskim prozaikiem- białoruscy pisarze, a przynajmniej jedna z
nich, przynosi na spotkania z czytelnikami cukierki i chleb...Tak, tak moi
mili, to jest właśnie too czym
wspomniałam wcześniej. Pani Natalka uraczyła publiczność słodkościami i
powitała białoruskim chlebem.
Do tego zapowiedziała, że na koniec spotkania
będzie losowanie nagrody, która jest pierścień pojawiający się na kartach
powieści. A później zaczęła się piękna opowieść o poszukiwaniu własnej
tożsamości, odkrywaniu języka białoruskiego, o braku zakorzenienia i o
alkoholu. Spotkanie z Panią Natalką było dla mnie odświeżającym oddechem i
miłym akcentem na zakończenie wczorajszego wieczoru. Autorka mnie zaczarowała
swoją serdecznością, Jacek Antczak rozbawił ciekawymi pytaniami, a po wieczorze
wydawca zaprosił wszystkich gości na wino.
A dziś kolejne spotkania i wieczorna gala Angelusa. Myślę sobie, że
nagroda powędruje do Pani Natalki- takie chodzą plotki. Sprawdzę to. i Wam
jutro powiem. Miłego dzionka.
No
i się zaczęło. O 12:00 spod pomnika Bolesława Chrobrego ruszył marsz Moli Książkowych
inaugurując w ten sposób Wrocławskie Promocje dobrych Książek. Niestety, nie
mogłam uczestniczyć w pochodzie, ale doszły mnie słuchy, że na jego czele
stanęła wrocławska aktorka Agata Skowrońska. Mole przeparadowały przez ulice
Wrocławia, by na końcu dotrzeć do Muzeum Architektury, gdzie odbyło się
uroczyste otwarcie WPDK. Podczas inauguracji ogłoszono wyniki Konkursu na
Najlepszą Książkę Roku – „Pióro Fredry”. Konkurs towarzyszy wrocławskim targom
od początku ich istnienia. Jurorzy spośród nadesłanych przez wystawców książek wybierają
te, które zasługują na wyróżnienie za wartości artystyczno- edytorskie oraz
literackie. Jest to jedna z
najbardziej prestiżowych nagród dla wydawców.
W tym roku Jury wyłoniło sześćksiążek i przyznało pięć równorzędnych nagród oraz nagrodę główną:
1. Wydawnictwo Carta Blanca za książkę Adama Dylewskiego „Historia
pieniądza na ziemiach polskich – „za precyzyjną,
systematyczną i bogato udokumentowaną prezentację dziejów polskiej kultury
materialnej poprzez wieki po współczesność”.
2. Wydawnictwo Media Rodzina za książkę Wojciecha Widłaka „Dwa serca
anioła” – „za mądrą historię dla młodych
czytelników o trudnych chwilachw życiu, znakomicie zilustrowaną
przez Pawła Pawlaka”.
3. Wydawnictwo Literackie za
książkę Stanisława Lema i Sławomira Mrożka „ Listy 1956-1958” – „za wzorcową pracę dokumentalną i edytorską odsłaniającą epistolarną wymianę
myśli pisarzy w szczególny sposób sytuujących się między polskością a
europejskością”.
4. Wydawnictwo Marginesy za książkę Chrisa Niedenthala „Zawód: fotograf”-„ za harmonijne połączenie dwóch porządków – słownego i ilustracyjnego-
opowieści znakomitego fotografa polskiej współczesności”.
5. Wydawnictwo W.A.B. za serię Fortuna i Fatum reprezentowaną przez
książki „Nałkowska albo życie pisane” Hanny Kirchner, „Mikołajska. Teatr i PRL”
Joanny Krakowskiej i „Korczak. Próba biografii”- Joanny Olczak – Ronikier – „ za wysoki poziom literacki i
dokumentacyjny prezentowania skomplikowanych biografii wybitnych osobowości
kultury polskiej na tle najnowszej historii”.
Nagrodę główną i tytuł Książki Roku 2011 zdobyło wydawnictwo
słowo/obraz terytoria za książkę Krzysztofa Kornackiego „Popiół i diament
Andrzeja Wajdy”- „za bogatą, kompetentną
i znakomicie udokumentowaną monografię jednego z najważniejszych filmów w
historii dwudziestowiecznej kultury polskiej opracowaną edytorsko w sposób
umożliwiający czytelnikowi pełne korzystanie z warstwy ilustracyjnej i tekstu”.
Po uroczystej ceremonii otworzono stoiska...Poleciałam tam zaraz po pracy,
bo i ja już stara wyjadaczka jestem i wiem, że pierwszy dzień targów to
najlepszy dzień na zakupy, bo jeszcze tłumów nie ma, a i wybór książek większy.
Zaopatrzyłam się więc troskę. Szału nie ma, bo to święta i jeszcze inne uroczystości
rodzinne po drodze, ale troszkę sobie prezentów porobiłam:
Szkoda, że nie ma w tym roku Naszej Księgarni, bo już sobie ząbki
ostrzyłam na całościowe wydanie przygód Pippi. Biuro Literackie również w tym
roku nie zaszczyciło targów swoją obecnością, więc po nowego Dyckiego będę
jednak musiała się udać do księgarni.
Ale, ale, mam też dla Was zaproszenie do zwiedzenia wystawy. Co roku
Wrocławskim Promocjom towarzyszą różnorakie wystawy- czy to zdjęć, czy to
rzeźb, czy też fotografii. W tym roku organizatorzy przygotowali dla Moli
Książkowych prawdziwy rarytasik- wystawę zdjęć Ryszarda Kapuścińskiego „Gdyby
cała Afryka...” Zapraszam do zwiedzania.
A wiecie kogo można teraz spotkać na wrocławskim rynku oprócz Moli
Książkowych (których notabene jeszcze nie spotkałam, ale czaję ,się, czaję)? :)