Teksty umieszczane na tym blogu, są mojego autorstwa. Kopiowanie i wykorzystywanie ich w innych miejscach, tylko za zgodą autorki

wtorek, 6 grudnia 2011

Przepisy Mikołajka




  


Tytuł: Przepisy Mikołajka
Pomysł i opracowanie: Christine de Beaupré et Béatrice Valentin
Przekład : Magdalena Talar
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011






Wyobrażacie sobie Mikołajka w kuchni? Ja sobie wyobrażam, ale domyślam się również jak taka kuchnia po Mikołajkowym pichceniu by wyglądała. Skojarzenie z poligonem jest tu chyba najbardziej odpowiednie. 

Mikołajek to jednak zuch- chłopak i żadnego wyzwania się nie boi i, możecie wierzyć lub nie, właśnie wydał swoją książkę kucharską! No bo co w końcu kurczę blade!

Jest to książka z przepisami różnorakimi, podzielona na odpowiednie rozdziały. Znajdziemy tu więc sposoby na bardzo pyszne przekąski (polecam szczególnie szalone szaszłyki!), niesamowicie smaczne dania, fantastyczne desery, śmieszne pomysły na piknik oraz na niesamowite smakołyki.

Każdy przepis opatrzony jest bardzo istotnymi informacjami:
- o ilości kolegów, którzy będą w stanie skonsumować przygotowane według proponowanych proporcji danie,
- składniki spożywcze potrzebne do gotowania tudzież smażenia,
- naczynia, które będą potrzebne do przygotowania potrawy,
- małe rady i uwagi oraz ostrzeżenia,

Jeżeli pichcimy z Mikołajkiem możemy też zapisać własne sugestie, na które nasz mały bohater przygotował nam miejsce przy każdym daniu. A na końcu możemy uzupełnić książkę o nasze propozycje kulinarne.

Książka jest ilustrowana i okraszona cytatami z przygód francuskiego chłopca i jego przyjaciół, przepisy nie są trudne, a i składniki można dostać w każdym osiedlowym sklepie.

Ciekawe, który rozdział najbardziej przypadłby Wam do gustu? Ja nie ukrywam, że jestem łakomczuchem i w pierwszym odruchu sięgnęłam na strony z deserami. Mmmm, ślinka cieknie, zwłaszcza na ciasteczkowe lody, bo „Strasznie śmiesznie robi się te lody: używasz motka do rozbijania ciastek!”, a porcja wystarczy dla sześciu kolegów!  

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Magiel Literacki z Magdaleną Grzebałkowską

W Teatrze Polskim we Wrocławiu odbywają się tzw. Czynne Poniedziałki. W ramach tego projektu, w każdy poniedziałek (no przecież, że nie w czwartek ;)) organizowane są różne imprezy:
- czytania, na których aktorzy czytają fragmenty dramatów. Czytania są reżyserowane i posiadają elementy spektaklu teatralnego,
- wystawy,
-projekcje filmów,
-koncerty
i Magiel Sztuk. Jeszcze niedawno Magiel Sztuk był jedynie Maglem Literackim, ale od jakiegoś czasu został poszerzony o inne dziedziny sztuki.
Raz w miesiącu, prowadzący spotkania profesor Stanisław Bereś, zapraszał na scenę teatru pisarza lub pisarkę i maglował ich bezlitośnie.

Jeżeli nie znacie profesora Beresia, to tylko wspomnę, że prowadzi on Telewizyjne Wiadomości Literackie, wydał świetne książki z wywiadami z pisarzami, jest to człowiek, który rewelacyjnie prowadzi rozmowy, zawsze próbuje drążyć , jątrzyć, wciskać nosa pod poszewkę, nie waha się stawiać kontrowersyjnych pytań, a co najważniejsze- słucha swoich rozmówców, nie czyta pytań z kartki, tylko daje się nieść rozmowie. Zawsze jest świetnie przygotowany, ma powypisywane co pikantniejsze fragmenty książek czy też wypowiedzi autora, z którym prowadzi spotkanie. Wieczory autorskie prowadzone przez profesora Beresia to prawdziwa uczta intelektualna.

Niestety, Magiel Literacki jest teraz rzadko, ponieważ literatura musiała też ustąpić miejsca innym sztukom. Raz na kilka tygodni jednak profesor Bereś zasiada na scenie Teatru Polskiego, by uruchomić swój maglowy warsztat. A dziś maglowaną była Magdalena Grzebałkowska autorka książki „Ksiądz paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”.  

Cóż to był za burzliwy wieczór- spotkanie dwóch osobowości- wybitnego literaturoznawcy i wybitnej reporterki, która nie dała się zapędzić w kozi róg. A zaczęło się od pytania o recepcję książki Magdy w środowisku duchownych. Kardynał Nycz nie chciał się na ten temat wypowiedzieć, ale autorka biografii uważa, że książka mu się podobała tylko nie może o tym głośno powiedzieć. Ogólnie biografia „księdza od biedronek” została przyjęta ciepło, ale jeszcze zbyt mało czasu minęło od premiery (22.09.), by cokolwiek więcej powiedzieć.
Profesor nie byłby sobą, gdyby nie zaczął wypytywać o rzeczy, o które by nikt inny nie spytał. „Ksiądz Twardowski był kłamcą, dezinformował ludzi.” i zaraz cytacik na podparcie swej tezy. A co z tymi kobietami? Ksiądz? Zakochany? „ A pan profesor to nie kocha kobiet? Jak sobie to pan wyobraża? Przecież Twardowski późno został księdzem, wcześniej kochał się w dziewczynach i teraz nagle miał przestać? Powiedzieć- od dziś Panie Boże będę inny? Ja wiem, że on był zakochany w tych kobietach, ale stawiał sobie granice i wierzę w to, że ich nie przekraczał. Ale robił je też w konia, może nieświadomie.”

Oczywiście, te wszystkie pytania to były prowokacje, by rozwiązać usta reporterce, nakręcić dyskusję, ale to było niepotrzebne, bo Magda jest osobą niesamowicie otwartą i rozgadaną. Z przyjemnością przytaczała anegdotki ze swej pracy nad biografią i cały czas podkreślała, że w jej odczuciu stworzyła książkę, w której przedstawiła księdza Twardowskiego jako człowieka z krwi i kości: „Odwinęłam go z tego złotego papierka i pokazałam, że to był fajny, normalny chłop. Wkurzała mnie ta jego kokieteria, gdy udawał wielce zdziwionego, że ktokolwiek w ogóle czyta jego wiersze (tutaj Magda świetnie udawała chrypliwy głos księdza), a przecież wiedział, że drukuje się je w milionach egzemplarzy! No i ten okropny tupecik. Ale był to człowiek o ogromnym sercu, mało ludzi wie, że opiekował się kilkoma rodzinami, nikt nie wie, kim byli ci ludzie, nie dotarłam do nich”.

Magda nie znała wcześniej Twardowskiego, dostała propozycje od Wydawnictwa Znak, by napisać tę biografię i od tego zaczęła się jej przygoda z człowiekiem pełnym paradoksów. Polubiła go, choć wkurzały ją pewne jego cechy (ach, ta jego drażniąca kokieteria). Dowiedziała się, że w IPN-ie jest teczka księdza. Rok czekała nim ją mogła przejrzeć. Przez ten rok zdążyła już się przywiązać do swojego bohatera i bała sie, że teraz ten cały jej uroczy obraz upadnie, bo się okaże, że Twardowski był kolaborantem, donosił i Bóg sam jeszcze jeden wie co. Zaczęła czytać i kamień spadł jej z serca, choć nie potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego ksiądz mówił ubekowi źle o Solidarności, skoro też przyjaźnił się z opozycjonistami. „No to jak to, biografka nie wie?”- uaktywnił się profesor Bereś. „A czy ja wyglądam na Ducha Świętego? Czy ja potrafię siedzieć w człowieku? No nie!”- zripostowała autorka.

To był fascynujący wieczór. Konfrontacja dwóch żywiołów, dowcipna, podszyta lekką ironią rozmowa. Magdalena Grzebałkowska okazała się osobą niezwykle sympatyczną i wyluzowaną (kto inny by powiedział o księdzu Twardowskim, że był ziomalem?), nie dała się zmaglować profesorowi Beresiowi. Co tu dużo mówić- fajna z niej babka- konkretna, wygadana i świadoma swojej wartości i piszę to bez zbędnej kokieterii.

niedziela, 4 grudnia 2011

Literacka Nagroda Europy Środkowej "Angelus" 2011


Dzięki uprzejmości Pani Izabeli Zalewskiej po raz szósty miałam okazję uczestniczyć w uroczystej gali wręczenia Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”.  Nie wiem jak jest podczas wręczania innych nagród literackich, nie mam pojęcia jak wygląda ceremonia wręczenia Nike, czy to, co transmituje telewizja to cała gala, czy tylko wybrane i zmontowane fragmenty, ale jeżeli cała uroczystość to śmiem rzec, że stolica się nie popisała.

Gala „Angelusa” to jest zawsze niesamowite widowisko artystyczne. W tym roku organizatorzy również nie zawiedli. Uroczystość była podzielona na dwie części- artystyczną i oficjalną. W części artystycznej aktorzy z wrocławskich teatrów (Justyna Antoniak, Agnieszka Bogdan, Monika Dawidziuk, Małgorzata Fijałkowska, Jolanta Góralczyk, Anna Kramarczyk, Agnieszka Oryńska – Lesicka, Teresa Sawicka, Justyna Szafran, Emose Uhunmwangho, Cezary Studniak) w krótkich scenkach teatralnych prezentowali fragmenty książek, które dostały sie do finału. Oprawę muzyczną zapewnił zespół Karbido w składzie: Igor Gawlikowski, Marek Otwinowski, Tomasz Sikora i Marcin Witkowski. Scenariuszem i reżyserią koncertu galowego był Tomasz Man. A skoro już tak wszystkich wymieniam to wspomnę jeszcze, że za scenografię i kostiumy odpowiadała Anetta Piekarska-Man, natomiast rewelacyjną choreografię ułożył Maćko Prusak. Ale może już dość tego literkowania na klawiaturze- sami popatrzcie jak to wyglądało. Na początek filmik, inscenizacja fragmentu powieści  Marii Matios "Słodka Darusia". 


Natalka Babina "Miasto ryb"
Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Jenny Erpenbeck "Klucz do ogrodu"
Ismail Kadare "Ślepy Ferman"

Drago Jancar " Katarina, paw i jezuita"
 Po wrażeniach artystycznych przyszedł czas na oficjalną część gali. Na scenę wkroczył Robert Gonera, który w krótkich słowach przywitał wszystkich gości i publiczność, przedstawił jury (przewodnicząca- Natalia Gorbaniewska, prof. Andrzej Zawada, prof. Stanisław Bereś, Tomasz Łubieński, Krzysztof Masłoń, Justyna Sobolewska, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Mirosław Spychalski, Piotr Kępiński) oraz przeczytał krótkie wypowiedzi autorów na temat nominowanych książek. 
 Robert Gonera
Po części powitalno- prezentacyjnej na scenę został zaproszony prof. Andrzej Zawada, który w kilku słowach (no może w kilkudziesięciu zdaniach...) opowiedział o nagrodzie i obradach jury . Profesor zwrócił uwagę, że w finale zazwyczaj znajdują się dwa gatunki prozy- tak ,która żywi się czystą fikcją literacką oraz druga, która wykorzystuje fakty. Reportaż literacki i proza artystyczna, dwa gatunki, które walczą o uwagę czytelnika. Prof. Zawada trafnie zauważył, ze tegoroczna edycja Nagrody odkryła literaturę białoruską w finale znalazły się bowiem  aż dwie książki z tego kraju. 
Prof. Andrzej Zawada

Ale na książki trzeba spoglądać globalnie: „Są książki piękne i te, które musiały być napisane. Te które musiały być napisanie mają jednak czasami swoją urodę”(prof. Andrzej Zawada). Książka, która zdobyła tegorocznego „Angelusa”  do takich książek należy.

W tym roku statuetkę autorstwa Ewy Rossano oraz czek na 150 tys. zł z rąk prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza odebrała Swietłana Aleksijewicz za książkę „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.  Od 2008 roku przyznawana jest również nagroda dla tłumacza zwycięskiej książki i w tym roku czek na 20 tys. zł powędrował do Jerzego Czecha.
 Natalia Gorbaniewska, Rafał Dutkiewicz, prof. Andrzej Zawada
 Natalia Gorbaniewska, Swietłana Aleksijewicz

Przyznam szczerze, że się nie spodziewałam takiego werdyktu. Nie miałam okazji przeczytać książki Aleksijewicz, ale czytałam wiele dobrych recenzji, a do tego sam fakt przyznania pisarce innej prestiżowej nagrody ( Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego) juz bardzo mnie do tej prozy przekonuje.

Ale to nie koniec emocji. Po uściskach, gratulacjach i podziękowaniach prezydent Wrocławia poprosił wszystkich o powstanie i odśpiewanie „Sto lat” dla Natalii Gorbaniewskiej, która w tym roku skończyła 75 lat. Pan Rafał Dutkiewicz klęknął przed poetką i odznaczył ją Orderem Wrocławia (tak mi się wydaję, że właśnie tak się to odznaczenie nazywa, ale nie dam sobie za to głowy uciąć, bo byłam tak wzruszona, że mogę teraz coś poprzekręcać, więc proszę o wybaczenie). Pani Natalia Gorbaniewska jest rosyjską poetką, która bardzo zasłużyła się literaturze polskiej, przekładając ją na język rosyjski. Za swoją pracę została wyróżniona Nagrodą PEN – Clubu. To postać niesamowita, kobieta, która była współorganizatorką demonstracji przeciw wejściu armii Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Została aresztowana i uznana za psychicznie chorą. Dwa lata spędziła w zakładzie psychiatrycznym, a później została wygnana z kraju. Zamieszkała w Paryżu, a od roku 2005 posiada obywatelstwo polskie. Pani Natalia jest niesamowicie skromną osobą- takie przynajmniej mam wrażenie, gdy co roku widzę ją na gali. Scena nie jest jej żywiołem, widać, że czuje się nieco zagubiona, ale to tylko dodaje jej uroku.

Cóż mogę rzec na koniec? Jak co roku organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Świetny spektakl, świetna muzyka, świetni aktorzy i świetni autorzy. 
Wszyscy nominowani autorzy i tłumacze

A mi jeszcze na koniec udało się zdobyć autograf laureatki.

sobota, 3 grudnia 2011

WPDK- dzień pierwszy, czyli m. in. o tym, czym różni się pisarz białoruski od pisarza polskiego


Wczorajszego dnia na Promocjach zaszyłam się w Salonie Angelusa, bo tam odbywały się najbardziej interesujące mnie spotkania. Jedną nogą tylko skoczyłam po autograf Filipa Springera

i szybciutko powróciłam do BWA Awangarda (tu się odbywają spotkania autorskie, stoiska są w innym miejscu- w Muzeum Architektury), by wziąć udział w promocji książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Czekałam na to spotkanie z niecierpliwością. Pamiętam jak kilka lat temu autora gościł prof. Stanisław Bereś- ach co to było za spotkanie! Konfrontacja dwóch osobowości, trafne i niewygodne pytania, zaskakujące riposty- po takich wieczorach człowiek zaczyna wierzyć, że jednak jeszcze istnieje jakaś kultura dyskusji w tym kraju. Ale do rzeczy, bo w dygresyje popadam. Wczorajsze popołudnie z reporterem poprowadziła Magda Piekarska- dziennikarka Gazety Wyborczej.

Spotkania w Salonie Angelusa charakteryzują się tym, że rozmowa oscyluje wokół nominowanej książki. „Dzisiaj narysujemy śmierć” Tochmana nie jest lekturą przyjemną, opowiada o ludobójstwie w Ruandzie, więc i wątek przewodni rozmowy nie należał do lekkich. Co mnie uderzyło w wypowiedziach Pan Wojciecha? Czytałam wiele wywiadów z nim i pamiętam jedną wypowiedź. Na pytanie dlaczego w jego książkach jest tyle zła, dlaczego podejmuje się takich trudnych tematów odpowiedział, że czuje misję, by otworzyć ludziom oczy, by po jego książkach odchodził czytelnikowi apetyt na cokolwiek. Zapytany przez Magdę Piekarską dlaczego podjął się takiego tematu i jak się pisze takie książki odpowiedział, że zmienił teraz nastawienie. Nie ma poczucia misji, nie chce wszystkich nawracać, uwrażliwiać – każdy pa prawo do tego, by przełączyć kanał w telewizji, gdy widzi masakrę. Autor zrozumiał, że nie każdy musi się przejmować tym, co się dzieje na świecie. Tochman opowiadał również o tym, że podczas pracy nad „Dzisiaj narysujemy śmierć” zaskoczyło go to, że bardziej wstrząsnęły nim rozmowy z oprawcami niż z gwałconymi kobietami. Te rozmowy z oprawcami były trudniejsze, i ku zdziwieniu samego reportera, bardziej go pocharatały. Gdy słyszał opowieść jak Hutu maczugą zaszlachtował całą rodzinę, to emocjonalnie czuł, że nie wytrzyma. Ja sama słuchając tych opowieści siedziałam cala spięta. tym bardziej, że Tochman jeszcze bardzo uważnie dobierał słowa, wypowiadał się powoli, z zastanowieniem, co mnie jeszcze bardziej wbijało w krzesełko. Ale były też lżejsze nieco akcenty. Wojciech Tochman odsłonił rąbka tajemnicy swojego warsztatu. Pisząc książkę codziennie czyta ją od początku- wyobrażacie sobie? Tak dzień w dzień, jak już pisze np. dwusetną stronę, to rano sobie zasiada do biureczka i od pierwszej strony czyta to co napisał do momentu, w którym skończył. Stąd wniose, że pierwsze fragmenty są zawsze najbardziej wypieszczone, natomiast ostatnie nieco mniej. O nowym projekcie autor nie chciał się wypowiadać, choć od kilku lat już słyszę, że jeździ do Kambodży, by tam badać sytuację Kmerów.

A po spotkaniu z Tochmanem, szybkie przewietrzenie sali i za stołem autorskim zasiedli- Natalia Babina, autorka „Miasta ryb”, tłumaczka i prowadzący spotkanie Jacek Antczak.

Od razu, bez bicia się przyznam, że nie czytałam „Miasta ryb”, ale po fragmentach powieści przeczytanych przez prowadzącego w te pędy udałam się do wydawcy i książkę nabyłam (Rebis o dychę obniżył cenę :), ale i tak już miałam nic nie kupować- Jacku, Jacku, musiałeś takie smakowite fragmenty przeczytać?). 

No i padłam. Autorka okazała się niesamowicie fajną babką. Uśmiechnięta, skromna, i bardzo otwarta. Biegam po spotkaniach autorskich od dziewięciu lat, wiele już widziałam, ale Pani Natalka mnie mile zaskoczyła, ale najpierw mała dygresja. Jacek Antczak, rozpoczynając spotkanie opowiedział, że pewien wrocławski profesor, na wieść o tym, że Jacek będzie prowadziła spotkanie z białoruską pisarką zdziwił się: „To są białoruscy pisarze?”.  Ano są, ja widać i piszą podobno dobre powieści (niebawem to sprawdzę). Ale jest różnica między polskim, a białoruskim prozaikiem- białoruscy pisarze, a przynajmniej jedna z nich, przynosi na spotkania z czytelnikami cukierki i chleb...Tak, tak moi mili, to jest właśnie to  o czym wspomniałam wcześniej. Pani Natalka uraczyła publiczność słodkościami i powitała białoruskim chlebem. 

Do tego zapowiedziała, że na koniec spotkania będzie losowanie nagrody, która jest pierścień pojawiający się na kartach powieści. A później zaczęła się piękna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, odkrywaniu języka białoruskiego, o braku zakorzenienia i o alkoholu. Spotkanie z Panią Natalką było dla mnie odświeżającym oddechem i miłym akcentem na zakończenie wczorajszego wieczoru. Autorka mnie zaczarowała swoją serdecznością, Jacek Antczak rozbawił ciekawymi pytaniami, a po wieczorze wydawca zaprosił wszystkich gości na wino.
A dziś kolejne spotkania i wieczorna gala Angelusa. Myślę sobie, że nagroda powędruje do Pani Natalki- takie chodzą plotki. Sprawdzę to. i Wam jutro powiem. Miłego dzionka.

czwartek, 1 grudnia 2011

O tym jak nie spotkałam Książkowego Mola, ale za to innego równie sympatyczego stworka uściskać zdołałam


No i się zaczęło. O 12:00 spod pomnika Bolesława Chrobrego ruszył marsz Moli Książkowych inaugurując w ten sposób Wrocławskie Promocje dobrych Książek. Niestety, nie mogłam uczestniczyć w pochodzie, ale doszły mnie słuchy, że na jego czele stanęła wrocławska aktorka Agata Skowrońska. Mole przeparadowały przez ulice Wrocławia, by na końcu dotrzeć do Muzeum Architektury, gdzie odbyło się uroczyste otwarcie WPDK. Podczas inauguracji ogłoszono wyniki Konkursu na Najlepszą Książkę Roku – „Pióro Fredry”. Konkurs towarzyszy wrocławskim targom od początku ich istnienia. Jurorzy spośród nadesłanych przez wystawców książek wybierają te, które zasługują na wyróżnienie za wartości artystyczno- edytorskie oraz literackie. Jest to jedna      z najbardziej prestiżowych nagród dla wydawców.
W tym roku Jury wyłoniło sześć  książek i przyznało pięć równorzędnych nagród oraz nagrodę główną:

1. Wydawnictwo Carta Blanca za książkę Adama Dylewskiego „Historia pieniądza na ziemiach polskich „za precyzyjną, systematyczną i bogato udokumentowaną prezentację dziejów polskiej kultury materialnej poprzez wieki po współczesność”.
2. Wydawnictwo Media Rodzina za książkę Wojciecha Widłaka „Dwa serca anioła”„za mądrą historię dla młodych czytelników o trudnych chwilach w życiu, znakomicie zilustrowaną przez Pawła Pawlaka”.
3.  Wydawnictwo Literackie za książkę Stanisława Lema i Sławomira Mrożka „ Listy 1956-1958”„za wzorcową pracę dokumentalną i edytorską odsłaniającą epistolarną wymianę myśli pisarzy w szczególny sposób sytuujących się między polskością a europejskością”.
4. Wydawnictwo Marginesy za książkę Chrisa Niedenthala „Zawód: fotograf”- „ za harmonijne połączenie dwóch porządków – słownego i ilustracyjnego- opowieści znakomitego fotografa polskiej współczesności”.
5. Wydawnictwo W.A.B. za serię Fortuna i Fatum reprezentowaną przez książki „Nałkowska albo życie pisane” Hanny Kirchner, „Mikołajska. Teatr i PRL” Joanny Krakowskiej i „Korczak. Próba biografii”- Joanny Olczak – Ronikier „ za wysoki poziom literacki i dokumentacyjny prezentowania skomplikowanych biografii wybitnych osobowości kultury polskiej na tle najnowszej historii”.

Nagrodę główną i tytuł Książki Roku 2011 zdobyło wydawnictwo słowo/obraz terytoria za książkę Krzysztofa Kornackiego „Popiół i diament Andrzeja Wajdy”- „za bogatą, kompetentną i znakomicie udokumentowaną monografię jednego z najważniejszych filmów w historii dwudziestowiecznej kultury polskiej opracowaną edytorsko w sposób umożliwiający czytelnikowi pełne korzystanie z warstwy ilustracyjnej i tekstu”.

Po uroczystej ceremonii otworzono stoiska...Poleciałam tam zaraz po pracy, bo i ja już stara wyjadaczka jestem i wiem, że pierwszy dzień targów to najlepszy dzień na zakupy, bo jeszcze tłumów nie ma, a i wybór książek większy. Zaopatrzyłam się więc troskę. Szału nie ma, bo to święta i jeszcze inne uroczystości rodzinne po drodze, ale troszkę sobie prezentów porobiłam:


Szkoda, że nie ma w tym roku Naszej Księgarni, bo już sobie ząbki ostrzyłam na całościowe wydanie przygód Pippi. Biuro Literackie również w tym roku nie zaszczyciło targów swoją obecnością, więc po nowego Dyckiego będę jednak musiała się udać do księgarni.

Ale, ale, mam też dla Was zaproszenie do zwiedzenia wystawy. Co roku Wrocławskim Promocjom towarzyszą różnorakie wystawy- czy to zdjęć, czy to rzeźb, czy też fotografii. W tym roku organizatorzy przygotowali dla Moli Książkowych prawdziwy rarytasik- wystawę zdjęć Ryszarda Kapuścińskiego „Gdyby cała Afryka...” Zapraszam do zwiedzania.














A wiecie kogo można teraz spotkać na wrocławskim rynku oprócz Moli Książkowych (których notabene jeszcze nie spotkałam, ale czaję ,się, czaję)? :)
Poznajecie?