![]() |
| Tadeusz Różewicz, to i owo, Biuro Literackie, Wrocław 2012 |
piątek, 24 kwietnia 2015
czwartek, 23 kwietnia 2015
A zwycięzcą jest...
Dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Było Was tyle:
Maszyna losująca została załadowana:
Komisja w składzie Oskar-Łatka sprawdziła czy wszystko w porządku
i przystąpiła do losowania:
A zwycięzcą jest...
Gratuluję i proszę o kontakt na adres mailowy: magdalena.wolowicz@gmail.com
Komisja wylosowała zwycięzcę w sprawiedliwym losowaniu, ale autorka bloga została rozbawiona i urzeczona wpisem Wiktorii Korzeniewskiej, więc postanowiła przyznać wyróżnienie za szczerość.
Wiki, proszę również o kontakt mailowy.
Maszyna losująca została załadowana:
Komisja w składzie Oskar-Łatka sprawdziła czy wszystko w porządku
i przystąpiła do losowania:
A zwycięzcą jest...
Gratuluję i proszę o kontakt na adres mailowy: magdalena.wolowicz@gmail.com
Komisja wylosowała zwycięzcę w sprawiedliwym losowaniu, ale autorka bloga została rozbawiona i urzeczona wpisem Wiktorii Korzeniewskiej, więc postanowiła przyznać wyróżnienie za szczerość.
Wiki, proszę również o kontakt mailowy.
Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
Bo jeśli raz przywykliśmy
do tego, aby radość i pociechę czerpać z książek, to już się bez nich nie
potrafimy obejść. Jakżesz to byłoby straszne, gdyby nieśmiertelny skarbiec
ludzkości zawarty w książkach znalazł się tylko na kasetach i w aparatach
telewizyjnych lub podobnych mediach!
Nie chcę pośrednictwa głosu osoby,
która wpycha się między mnie i autora. Słowami napisanymi w samotności chcę się
napawać w samotności, i to w takim tempie, które mi odpowiada. Czasami chcę
czytać książkę, połykając ją żarliwie, a czasami ugryźć trochę tu i tam różnych
książek, tak jak zwierzę skubie wśród różnych krzewów i czuje różne smaki.
[Astrid Lindgren]
środa, 22 kwietnia 2015
Marcin Wójcik " W rodzinie ojca mego"
Autor: Marcin Wójcik
Tytuł: W rodzinie
ojca mego
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Reportaż
Rok wydania: 2015
To nie jest
biografia o. Tadeusza Rydzyka.
To nie jest
diagnoza polskiego katolicyzmu.
To nie jest
monografia Radia Maryja i TV Trwam.
To jest zbiór reportaży
o ludziach zgromadzonych w imperium Ojca
Dyrektora.
To jest relacja z
samego serca środowiska związanego z toruńską rozgłośnią.
To jest próba
zrozumienia fenomenu Rodziny Radia Maryja.
Marcin Wójcik,
siedmioletni pracownik „Gościa Niedzielnego", absolwent Papieskiej
Akademii Teologicznej w Krakowie jest osobą, która ma stały kontakt ze
środowiskiem katolickim. Przez dwa lata Wójcik próbował wejść w szeregi Rodziny
Radia Maryja, by poznać swoich bohaterów. Obraz, jaki mu się wykreował nie
budzi przerażenia, tylko współczucie. Okazuje się, że ludzie zapatrzeni w Ojca
Dyrektora to często osoby zagubione, których łączy wypaczony obraz wiary
katolickiej osadzający się na przekonaniu, że zło czai się wszędzie. Walka ze
wspólnym wrogiem - rządem Tuska, genderowymi tendencjami, homoseksualistami -
stanowi fundament tej nieformalnej organizacji.
„W rodzinie ojca
mego" jest podzielona na rozdziały. Zamiast wstępu autor częstuje nas historią
pani Jadwigi, która prowadzi spokojny tryb życia, lubi prace w swoim ogrodzie,
bo to dobrze na stawy wpływa - typowy materiał na moherowy beret. Stereotyp. Za
chwilę jednak, reporter zupełnie zmienia temat i opowiada historię księdza,
który nie stroni od męskiego towarzystwa. Już o tym wcześniej pisał Wojciech
Tochaman we „Wściekłym psie". Nic nowego.
Wstrząsający jest tekst
o Pawle, który fanatycznie słucha Radia Maryja, ale jego żona woli Radio Zet i
na dodatek nie jest zbyt religijna, więc ją karze piętnastoma ciosami noża.
Wójcik rozmawia również z Krzysztofem- królem pumeksu- przekonanym, że za wiarę
trzeba cierpieć, bo jak powiada: Kogo Bóg
miłuje, tego biczuje. Z tych wypowiedzi wyłania sie obraz wykoślawionego i
zmanipulowanego niemyślenia. To przerażające, jak można wpłynąć na innych, mając
do tego odpowiednie predyspozycje, a Rydzyk niewątpliwie takie umiejętności
posiada.
O samym Ojcu
Dyrektorze w książce jest niewiele. Opowiada o nim jedynie osiemdziesięcioletni
redemptorysta, który przez Rydzyka zrzekł się po sześćdziesięciu latach habitu.
To właśnie ten zakonnik oraz o. Ludwik Wiśniewski są w książce głosami z
drugiej strony radiomaryjnego muru. Tak mała ilość osób prezentujących inne
podejście do Rodziny niestety szkodzi książce. Brak tu proporcji, przez co
reportaże narzucają jednoznaczne wnioski. Poza tym teksty są nierówne, a
obecność niektórych z nich (np. reportaż o księdzu Natanku) jest zupełnie
nieumotywowana, co też rozbija spójność zbioru.
Wójcik chce pokazać
w pełnym wymiarze środowisko, które bada. Zapisuje się zatem do Wyższej Szkoły
Kultury Społecznej i Medialnej i opisuje studentów. Przez rok chodzi modlić się
pod budynek KRRiT, razem z tymi, którzy pomiędzy słowami modlitwy rzucają
przekleństwa w stronę Krzysztofa Lufta, członka KRRiT, za to, że TV Trwam nie
dostała miejsca na multipleksie cyfrowym. Odwiedza Krzysztofa Lufta, a z
przeprowadzonej z nim rozmowy wyłania się portret człowieka wierzącego, który
niesłusznie jest traktowany jako wróg. Wójcik rozmawia również z innymi osobami
publicznymi- z aktorem Jerzym Zelnikiem oraz z posłanką Krystyną Pawłowicz.
Mam ambiwalentny
stosunek do książki Wójcika. Reporter stara się pokazać Rodzinę z kilku stron,
jednak proporcje są wyraźnie zachwiane, bo zbyt mało miejsca poświęca
„obcym", czyli tym, którzy nie zasilają szeregów Rodziny. Reporter w
jednym z wywiadów mówił, że zajął się tym tematem, bo chciał zrozumieć na czym
polega fenomen ojca Rydzyka. Tymczasem mam wrażenie, że z tych tekstów wynika
inna intencja, być może nieuświadomiona, a mianowicie - próba ostrzeżenia i
pokazania, jak fanatyzm, manipulacja, bazowanie na zagubieniu i samotności mogą
wypaczyć największe świętości. Wójcik tak dobiera bohaterów, że mamy wrażenie,
iż w Rodzinie są sami psychole, powiela więc stereotypy, które już wcześniej
istniały. Brakuje mi w tych reportażach zderzenia dwóch obozów, bo wtedy
czytelnik ma pełnowymiarowy obraz i sam może wyciągnąć wnioski, a w tym wypadku
jest prowadzony za rękę i to niekoniecznie po drodze, jaką chciałby pójść.
Książka bierze udział w Wyzwaniu 2015 - Autor ma takie same inicjały jak ja.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Dlaczego warto zwinąć do Wrocławia w ostatni weekend kwietnia?
Dziś spotkanie z
Arturem Bursztą, szefem Wydawnictwa Biuro Literackie, dyrektorem jednego z
najlepszych festiwali literackich - Portu Wrocław, który ma już status
międzynarodowej imprezy. W tym roku Port
obchodzi dwudziestolecie. W artykułach promujących festiwal, Artur pisze, że
być może będzie to ostatnia edycja Portu Wrocław. W związku z takim dictum,
chciałam powiedzieć jedno: ABSOLUTNIE SIĘ NA TO NIE ZGADZAM!!! Mam nadzieję, że
to jedynie kokieteria ze strony szefa Biura.
A dlaczego?
Portowi towarzyszę
od początku jego przeprowadzki do Wrocławia tj. od roku 2004. Wiadomo, że
poezja w naszym kraju jest traktowana po macoszemu. Nie czytamy wierszy, bo
wydaje nam się, że to literatura dla wtajemniczonych. Te wszystkie metafory,
przerzutnie i inne inwokacje - toż to nie jest materiał przeznaczony dla
zwykłego mola książkowego. I tu się mylicie. Artur Burszta przez te dwadzieścia
lat udowadniał co roku, że poezja może trafić pod strzechy. Jestem pełna
podziwu dla tego człowieka, dla jego wyobraźni, a przede wszystkim, dla pasji,
która ciągle pcha go do przodu i pozwala na wymyślanie coraz to ciekawszych
promocji mowy wiązanej. Trzeba też wspomnieć, że Artur zgromadził wokół siebie
świetną ekipę, która razem z nim prowadzi poetyckie statki do Portu.
Ale to nie miała
być laurka dla Artura Burszty, choć wiele mu zawdzięczam. To właśnie dzięki
Portowi poznałam niesamowitego Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego, zachwyciłam
się Martą Podgórnik, odkryłam lingwistyczną poezję Joanny Mueller, podśmiewałam
się przy wierszach Krzysztofa Jaworskiego. Jest jeszcze Filip Zawada, Andrzej Sosnowski,
Bohdan Zadura, Wojciech Bonowicz - to moi ulubieńcy, których poznałam na
Portach.
![]() |
| Joanna Mueller, Karol Maliszewski- Port Wrocław 2014r. |
Bo dlaczego warto
zawinąć do Wrocławia na festiwal?
Dlatego, że jeżeli,
tak jak ja, nie znacie się na poezji, ale chcecie się dokształcić, to gdzie jak
nie we Wrocławiu? Forma dokształcania jest przyjemna i co roku inna. Port,
dzięki czytaniom daje możliwość przeglądu twórczości najważniejszych poetów i
poetek współczesnych. Bo nie ma się co oszukiwać, ale to właśnie Biuro wydaje
śmietankę współczesnej polskiej poezji. To fakt.
A moje wspomnienia
z tych blisko dziesięciu lat uczestnictwa?
A bardzo proszę,
może kogoś to zachęci do przyjazdu, bo warto.
Są to fragmenty
napisane dla Tawerny, miejsca, które skupia społeczność przyjaciół Biura.
Jest ciemno,
próbuję się przecisnąć gdzieś bliżej sceny, bo za chwilę będzie czytał
Eugeniusz Tkaczyszyn -Dycki.
Poeta wychodzi, w
ręku trzyma gruby plik dopiero co wydanej antologii. Czyta, miarowo ruszając
się w tył i w przód. Czyta, a w swym czytaniu zdaje się zapomniał o całym
świecie. Czyta już ponad godzinę. Jest w transie. Ja też jestem w transie. Jego
głos nieco chrapliwy, jednostajny, spokojny, jego ruchy-przód, tył, przód tył.
Czysta psychodelia. Półmrok. Nawet nie wiem, kiedy na scenę wszedł Kamil Zając
i wyrwał poetę z jego świata. Dycki zgarbił się jeszcze bardziej, podziękował i
odszedł, a ja pozostałam w tym półmroku z gęsią skórką na rękach.
Czy to na tym samym
Porcie, czy też może już na kolejnym, znów przeciskam się między fotelami w
Imparcie, by zająć miejsce pod sceną. I nagle okrzyki, gwizdki, hałas i
faaaala. Wbiega na scenę gościu w dresie z piłką w ręce i gwizdkiem na szyi.
Panowie i Panie, nadszedł czas na grę, w której piłką będą słowa. Przyglądam
się zaskoczona, bo na mecze nie chodzę, a tu proszę, w Porcie rozrywki różne
zapewnione. A kto jest kapitanem? Sam Bohdan Zadura.
Za chwilę
scenografia się zmienia, nad sceną pojawia się srebrna kula, z głośników
rozchodzi się Dancing Queen Abby. Co
jest-myślę sobie, a tu już do mikrofonu dobiega Marta Podgórnik. To właśnie
wtedy poznałam jej poezję, to właśnie wtedy zaiskrzyło i iskrzy do dziś.
A teraz cięcie.
Teatr Współczesny. Przy słabo oświetlonym stoliku zasiada Andrzej Sosnowski.
Jego poemat wije się niespiesznie, poeta czyta, a w tle przewijają się
psychodeliczne wizualizacje. Nagle, jak na jakimś seansie spirytystycznym, stół
zaczyna się unosić i wirować. Do dziś nie mam pewności, czy to się wydarzyło
naprawdę, czy po prostu wyobraźnia poruszona usłyszanymi mistycznymi wersami puściła
wodze i wytworzyła oniryczne obrazy.
![]() |
| Andrzej Sosnowski - Port Wrocław 2010 r. |
To jeszcze nie
koniec atrakcji, bo Portowi zawsze towarzyszy muzyka. W pamięci pozostaje mi
szalony koncert Legitymacji, gdy to ogromne miśki polarne w rytm muzyki techno
rzucały się na rozbawioną publiczność. Albo niesamowity koncert Strachów na
Lachy i Lecha Janerki. A Ballady i Romanse i jeszcze Pustki.
I też zawsze była
strefa dla dzieciaków. To lubię najbardziej. Czytanie bajek, wrzaski, śmiechy i
pełen spontan.
| Wojciech Bonowicz czytający bajki Briana Pattena- Port Wrocław 2011 r. |
Trzy dni w Porcie
zawsze ładują pozytywną energią. Co roku wychodzę z imprezy z nowym odkryciem,
fascynacją poetycką. I to ma teraz po dwudziestu latach się skończyć? O nie.
ABSOLUTNIE SIĘ NA TO NIE ZGADZAM!!!
Wszelkie informacje o tegorocznej edycji znajdziecie na festiwalowej stronie.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Julia Fiedorczuk "Nieważkość"
Autorka: Julia
Fiedorczuk
Tytuł: Nieważkość
Wydawnictwo:
Marginesy
Rok wydania: 2015
„Nieważkość"
to trzecia prozatorska książka Julii Fiedorczuk. Nie miałam okazji przeczytać
poprzedniej powieści i zbioru opowiadań, ale moja znajomość z tą pisarką rozpoczęła
się od jej poetyckich tomików. Tak moi drodzy, Julia Fiedorczuk debiutowała
jako dama zajmująca się mową wiązaną, co znajduje również odbicie w jej
prozatorskich publikacjach. „Nieważkość" bowiem to poetycka opowieść o
trzech kobietach, które naznaczyła historia jednego chłopaka.
Helena, Zuzanna i
Ewa wywodzą się z małego podwarszawskiego miasteczka. Pewnego dnia w
niewyjaśnionych okolicznościach ginie ich wspólny kolega - Mirek, który jest
wioskowym dziwadłem. Każda z dziewczynek miała z nim jakąś relację i, mimo że
bohaterki rozstały się w dorosłym życiu, tragiczne w skutkach wydarzenie będzie
je w swoisty sposób zawsze łączyło.
Zuzanna wyjechała
do Warszawy. Pracuje w agencji reklamowej, jeździ po świecie i obraca się w
elitarnych środowiskach. Helena ma dwójkę dzieci i codziennie sprząta w ośrodku
konferencyjnym. Ewa jest bezdomna, na dodatek wpadła w alkoholizm. Wychowane na
jednym podwórku dziewczyny poszły w zupełnie różne strony. Co zatem decyduje o
naszym losie? Czy przypadek ma jakieś znaczenie, czy wszystko jest gdzieś
zapisane?
„Nieważkość"
to nie jest proza otwarta na każdego czytelnika. To powieść wymagająca
koncentracji oraz przedkładająca emocje nad fabułę. Fiedorczuk buduje
pogłębione psychologicznie postaci, świetnie potrafi oddać charakter każdej ze
swoich bohaterek, przeprowadza wiwisekcję ich dusz.
Pisarka świetnie
opisuje małomiasteczkową rzeczywistość lat osiemdziesiątych oraz czas dorastania,
gdy to rodzą się w nas pierwsze fascynacje, nieśmiałe próby pierwszych zbliżeń,
poznawanie własnego ciała. Fiedorczuk skacze po planach czasowych, przeplatając
dzieciństwo z dorosłością.
Przyznam szczerze,
że drugi raz bym nie sięgnęła po te książkę, bo jednak nie odnajduję się w tak
rozedrganym i epizodycznym sposobie narracji. Ale jako osoba, która przez pięć
lat studiów zgłębiała teorię literatury i kształciła sobie smak literacki,
muszę przyznać, że proza Fiedorczuk to literatura z najwyższej półki. Tym ,co
mnie szczególnie urzekło są sceny erotyczne. Napisać dobry fragment z
„momentami" to nie lada sztuka, bo zawsze istnieje ryzyko, że pisarz
pójdzie w schematyczne albo kuriozalne porównania, lukrowane epitety, zarzuci
różem i wszystko opisze w stylistyce dziecięcej egzaltacji lub też przegnie w
drugą stronę i stworzy hard porno. Fiedorczuk udało się stworzyć prawdziwe
perełki, choć niektóre sytuacje wprawiają czytelnika w konsternację (seks
piętnastolatki z profesorem).
Prawdą jest zatem
to co wydawca pisze na okładce, że „Nieważkość" to Bolesna, zmysłowa, pełna tajemnic i mrocznego erotyzmu opowieść o
poszukiwaniu duchowej wolności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














